Dzisiaj mija 94 rocznica odkrycia przez Howarda Cartera grobowca Tutanchamona. Odkrycie nienaruszonego grobowca w Dolinie Królów oficjalnie potwierdzono dopiero 26 listopada 1922 roku po przybyciu do Egiptu sponsora wykopalisk. Świat szybko obiegła informacja o bajecznych skarbach faraona. Imię „wskrzeszonego” młodego władcy z XVIII dynastii stało się odtąd na równi z Cheopsem, Ramzesem II, Hatszepsut czy Kleopatrą synonimem kultury starożytnego Egiptu.

Dzisiaj mija 94 rocznica odkrycia przez Howarda Cartera grobowca Tutanchamona

Polski Egipcjanin - Kamil Zachert - Po męsku o Egipcie i nie tylko
Złota maska Tutanchamona

Odkryciem w Dolinie Królów od początku interesowała się światowa prasa. Ale nawet renomowane tytuły, goniąc za sensacją, schodziły do poziomu brukowców (wtedy wymyślono tzw. klątwę Tutanchamona). Oczywiście na baczność stanęli również egiptolodzy niezbyt przychylni Carterowi, który długo uchodził w tym środowisku za szczwanego dyletanta, człowieka upartego i konfliktowego. Powód niechęci do odkrywcy był banalny – ludzka zawiść. A także trochę wstydu, bo Carter udowodnił, że koledzy po fachu mylili się w sprawie Doliny Królów. Rzekomo miała być do cna wyczerpana pod względem archeologicznym.

Ale zarzuty przeciwników Cartera były dość poważne. Sugerowano, że wykradł część wyposażenia grobowca Tutanchamona. Czy rzeczywiście to zrobił?… Zachowanie naukowca sprzed prawie 100 lat może budzić kontrowersje. Bo Carter naprawdę wszedł do grobowca przed jego oficjalnym otwarciem. Nietrudno dziwić się jego emocjom. Jednak trzeba wiedzieć, że ówczesne standardy prowadzenia badań archeologicznych były ogólnie dalekie od zasad obowiązujących współcześnie. Mogły zdarzyć się gorsze rzeczy niż koncert przed premierą 😉

Teren wykopalisk w praktyce był miejscem publicznym. A Carter był przecież angielskim dżentelmenem i nie mógł zbyt łatwo wykręcić się od powinności towarzyskich. Toteż oprowadzał po stanowisku różnych utytułowanych gości i zaspokajał ich ciekawość. Niezliczone grupy turystów skutecznie dezorganizowały pracę archeologów. Do szczególnych natrętów zaliczała się królowa Belgów, Elżbieta, która wkrótce po oficjalnym otwarciu komory grobowej w dniu 17 lutego 1923 roku zjawiała się na stanowisku aż czterokrotnie. Za każdym razem przerywano pracę i zajmowano się ważnym gościem i jego świtą. Do tego dochodziły trudności ze strony egipskiej służby starożytności oraz wszechobecna biurokracja i niekompetencja we władzach wszystkich szczebli. Poniekąd znamy ten arabski bałagan do dzisiaj. Wszyscy czują się ważni i kompetentni, ale jak przychodzi podjąć decyzję, to kładą uszy po sobie i czekają na wytyczne z Kairu.

Gdy nie wiadomo o co chodzi

Polski Egipcjanin - Kamil Zachert - Po męsku o Egipcie i nie tylko
Lord Carnarvon na werandzie domu Cartera w pobliżu Doliny Królów, 1923 r.

Każdy współczesny egiptolog zadaje sobie pytanie: „kto może płacić za moje wykopaliska?”. W czasach Howarda Cartera wcale nie było lepiej. Pasje naukowe łączono z działalnością marketingową, która polegała na przekonywaniu do swoich idei bogatego sponsora. Niestety nie istniała jeszcze oferta crowdfundingowa. Czasami pożądanym mecenasem stawała się instytucja typu akademia bądź muzeum. Ale ta wysyłała do Egiptu swoich własnych ludzi i rzadko brała kogoś z zewnątrz. Nadzieją dla licznych pionierów egiptologii stawał się dostojny nabab marzący o tym, aby część zabytków trafiła do jego prywatnych zbiorów. Właśnie taki początek miały słynne dziewiętnastowieczne kolekcje Salta, Drovettiego czy hrabiego Tyszkiewicza.

Wróćmy do Cartera. Nie tak dawno wylali go z pracy w służbie starożytności, bo naraził się przełożonym jakąś awanturą w Sakkarze i za nic nie chciał przeprosić. Sprawa otarła się o międzynarodową dyplomację. Ale jeden z kumpli, Gaston Maspero, wstawił się za nim i komuś ważnemu go polecił. Wkrótce najbliższym współpracownikiem Cartera został przebywający w Egipcie w celach zdrowotnych George Edward Stanhope Molyneux Herbert, piąty lord Carnarvon. Był to człowiek bardzo zamożny i w dodatku posiadający koncesję na wykopaliska. Niestety nie miał doświadczenia w archeologii, bo interesował się głównie wyścigami samochodowymi. Począwszy od 1909 r. Carter i jego nowy sponsor pracowali już razem.

Carter został więc pracownikiem lorda, a ten jako zwierzchnik firmował swoim nazwiskiem wszystkie odkrycia. Taka sytuacja, dowodząca odwiecznej przewagi materii nad duchem, z pewnością nie była przyjemna. Ale nie ulega wątpliwości, że z czysto zawodowego punktu widzenia obaj panowie tworzyli nadzwyczaj zgrany zespół. Dzięki determinacji Cartera i cierpliwości lorda Carnarvona (zgodził się zapłacić po raz ostatni za wykopaliska w Dolinie Królów) w dniu 26 listopada 1922 r. stanęli obaj przed opieczętowanym wejściem do nietkniętego grobowca królewskiego z XVIII dynastii.

Polski Egipcjanin - Kamil Zachert - Po męsku o Egipcie i nie tylko
Howard Carter z pomocnikami przed sarkofagiem Tutanchamona

Właśnie w kontekście tak spektakularnego odkrycia przeszedł do historii słynny dialog, w rzeczywistości nigdy nieistniejący, który C. W. Ceram w swojej powieści o archeologii pt. Bogowie , groby i uczeni oddał następująco:

W pierwszej chwili Carter nic nie może rozpoznać. Potem jednak jego oczy przyzwyczajają się do chybotliwego światła. Dostrzega zrazu niewidoczne kontury, potem cienie pojedynczych przedmiotów, odróżnia kolory, widzi coraz wyraźniej, co zawiera komora za tymi drugimi, opieczętowanymi drzwiami. Nie wydaje z siebie żadnego okrzyku zachwytu. Milczy… Dla czekających przy nim osób chwile te wydają się wiecznością. W końcu Carnarvon nie mogąc dłużej znieść tej niepewności pyta: „Czy widzi pan coś?”.
Howard Carter odwraca się powoli. Wzruszony do głębi duszy odpowiada jakby urzeczony: „Tak jest. Widzę cudowne rzeczy”.

PS W artykule wykorzystałem cyfrowo pokolorowane zdjęcia Harry’ego Burtona. Całą galerię z wystawy w Nowym Yorku można zobaczyć na stronie The Griffith Institute.

#dolinakrólów #howardcarter #tutanchamon