Egipt to moja miłość

Egipt można pokochać od pierwszego wejrzenia albo znienawidzić, ale ten kraj nikogo nie pozostawia obojętnym. Doświadczyłem zarówno fascynacji Egiptem, jak i etapu zmęczenia, po którym nastąpiło zaakceptowanie go takim, jakim naprawdę jest. Egipt to moja miłość.

Dokładnie 26 lat temu wyjechałem na dwa tygodnie do Rostocku w NRD. Podróż była związana z jakąś przygodą harcerską, w którą wkręciłem się trochę na krzywy ryj. Przy okazji zwiedziłem wschodnią część Berlina, wciąż jeszcze oddzieloną od Europy betonowym murem. Odłupany fragment nieistniejącego dziś ogrodzenia wziąłem ze sobą na pamiątkę. Z czasem gdzieś mi się zawieruszył. Niedługo potem mur berliński runął, a oba państwa niemieckie połączyły się w jeden organizm polityczny. Ale nie o tym chciałem pisać. Wtedy wypowiedziałem na dworcu w Berlinie pamiętne życzenie, które spełniło się kilkanaście lat później – że będę poszukiwać starożytnych grobowców. Właściwie to było nie tyle życzenie, ile stwierdzenie zwykłego faktu, który jakimś cudem byłem w stanie przewidzieć. Niektórzy ludzie wierzą, że tak zwane pozytywne myślenie nakręca dobrą rzeczywistość. Jeśli mają rację, to znaczy, że mój osobisty zegar ustawiłem wtedy prawidłowo.

W księgarni przy Alexanderplatz wypatrzyłem książkę o piramidach. Nie potrafiłem czytać po niemiecku, ale i tak kupiłem ją ze względu na ładne kolorowe obrazki. Wytłumaczyłem naszej drużynowej, miłej pani, której twarzy i nazwiska już niestety nie pamiętam, jak Champollion odczytał hieroglify na podstawie inskrypcji z Kamienia z Rosetty. Mówiłem również o wielu innych aspektach kultury starożytnego Egiptu, jakie tylko może znać ambitny nastolatek. To właśnie wtedy zaplanowałem sobie, że zostanę archeologiem, będę jeździć do Egiptu i brać udział w wykopaliskach. Właściwie to nie wyobrażałem sobie innego życia. O sprawach pragmatycznych, czyli tak do bólu materialnych, że często uznaje się je za warunek biologicznego przeżycia, nie myślałem prawie nigdy. Zresztą nadal uważam się za idealistę i to nie tylko w sferze deklaratywnej. Nie wierzcie mi, jeśli nie chcecie 🙂

Egipt to moja miłość – i do tego miłość spełniona. Po raz pierwszy zetknąłem się z Egiptem w jakiejś książce dla młodzieży. Na pewno nie była to słynna powieść o archeologii C. W. Cerama (wł. Kurta Wilhelma Marka) – Bogowie, groby i uczeni – bo tę przeczytałem trochę później. Właściwie pierwszą poważniejszą lekturą o Egipcie było trochę plagiatorskie Gdy słońce było bogiem Zenona Kosidowskiego. Sam na nią natrafiłem w szkolnej bibliotece. Natomiast klasyk Ceram został mi polecony przez nauczycielkę języka polskiego, wybitną pedagog podobnie jak ja zauroczoną Egiptem, dla obojga nas światem alternatywnym wobec powszechnej wtedy szarości. Myślę, że pani Rybka w innych okolicznościach życiowych mogłaby zostać prawdziwie wybitną egiptolog. Dzisiaj mogę jej tylko podziękować za wspieranie we mnie pasji.

Odkąd pamiętam, w każdym środowisku, w jakim przyszło mi się obracać, czy to szkolnym, czy to zawodowym bądź towarzyskim, zawsze byłem tym gościem, który o Egipcie ma zawsze najwięcej do powiedzenia, i co najważniejsze – dobrze wie, o czym mówi. Aż do rozpoczęcia studiów na Uniwersytecie Warszawskim nie spotkałem człowieka dorównującego mi pasją. I to nawet nie ukierunkowaniem pasji na Egipt, bo nie wszyscy muszą się nim interesować, ale w ogóle – natężeniem tej pasji. Wydawało mi się, że jestem jedyną taką osobą w całej Polsce. Na pewno jedyną, która może wyznać: Egipt to moja miłość. Ale może nie powinienem się tak bardzo dziwić…

Rozmawiałem w kilkoma znajomymi, którzy na pewnym etapie swojego życia zrezygnowali z tak ważnych odniesień, jak własne pasje, zainteresowania oraz nie bójmy się tego kontrowersyjnego słowa: przyjemności, a zamiast tego postawili na wąsko rozumiany pragmatyzm. Wydawało im się, że powinni pójść za głosem rozsądku i zostać prawnikami, lekarzami, biznesmenami. I wiecie co – mają „wszystko” (czyli właściwie nic, bo tylko zdeformowany obraz własnej osoby w gabinecie krzywych luster), ale w ogóle nie są szczęśliwi. Oni nawet nie rozumieją na czym polega indywidualne szczęście. Uwikłali się w cudze przekonania, które prowadzą ich do życia w ciągłym napięciu.

Egipt to moja miłość, i będę tę miłość kontynuował. Zapewne jeszcze przez długie lata, choć nic nie da się powiedzieć na pewno. Każdy człowiek ma ograniczony wpływ na los. Możemy się tylko starać, aby było właśnie tak, jak sami chcemy, a nie tak, jak w naszym imieniu chcą inni. I o taką miłość wespół z pogłębioną świadomością warto walczyć.

PS Zdjęcie na feluce autorstwa Wojtka Fraszczyńskiego (Rotomatic.pl).


#Egipt #Champollion