Egipt można pokochać od pierwszego wejrzenia albo znienawidzić, ale ten kraj nikogo nie pozostawia obojętnym. Doświadczyłem zarówno fascynacji Egiptem, jak i etapu zmęczenia, po którym nastąpiło zaakceptowanie go takim, jakim naprawdę jest.

Egipt to moja miłość

Ćwierć wieku temu wyjechałem na dwa tygodnie do Rostocku w NRD. Podróż była związana z jakąś przygodą harcerską, w którą wkręciłem się na krzywy ryj. Przy okazji zwiedziłem wschodnią część Berlina, wciąż jeszcze oddzieloną od Europy betonowym murem. Odłupany fragment nieistniejącego dziś ogrodzenia wziąłem sobie na pamiątkę. Niedługo potem mur berliński runął, a oba państwa niemieckie połączyły się w jeden organizm polityczny.

Wracając do Polski, wypowiedziałem na dworcu w Berlinie pamiętne życzenie, że chciałbym w dorosłym życiu poszukiwać starożytnych skarbów, zostać odkrywcą czy kimś w rodzaju poszukiwacza przygód. A przynajmniej chciałbym gonić tego króliczka… Niektórzy ludzie wierzą, że tzw. pozytywne myślenie zapewnia im spełnienie marzeń. Jeśli mają rację, to znaczy, że mój osobisty zegar ustawiłem wtedy prawidłowo.

Uważam się za idealistę romantyka i to nie tylko w sferze deklaratywnej. Do spraw pragmatycznych, uznawanych za warunek odpowiedzialnego, rozsądnego życia, nigdy nie czułem powołania. Ilekroć próbowałem dostosować się do życia na przekór sobie, kończyło się to finansową i moralną katastrofą. Dlatego pewnego dnia stwierdziłem, że lepiej robić na odwrót, czyli życie dostosować do siebie. Było to prostsze, że sprawy materialne zawsze obchodziły mnie w stopniu minimalnym.

Rozmawiałem ze znajomymi, którzy na pewnym etapie swojego życia zrezygnowali z tak ważnych odniesień, jak własne pasje, zainteresowania oraz nie bójmy się tego określenia: przyjemności życia, a zamiast tego postawili na wąsko rozumiany pragmatyzm. Wydawało im się, że powinni pójść za głosem rozsądku i zostać prawnikami, lekarzami, biznesmenami.

I wiecie co, oni mają wszystko, ale w ogóle nie są szczęśliwi. Oni nawet nie rozumieją na czym polega szczęście. Uwikłali się w urojone obowiązki, które sprowadziły do życia w ciągłym napięciu. Widzą zdeformowany obraz własnej osoby w gabinecie krzywych luster.

Egipt to moja miłość – i do tego miłość spełniona

Po raz pierwszy zetknąłem się z Egiptem w jakiejś książce dla młodzieży. Na pewno nie była to słynna powieść o archeologii C. W. Cerama (wł. Kurta Wilhelma Marka) – Bogowie, groby i uczeni – bo tę przeczytałem trochę później. Właściwie pierwszą poważniejszą lekturą o Egipcie było trochę plagiatorskie Gdy słońce było bogiem Zenona Kosidowskiego. Sam na nią natrafiłem w szkolnej bibliotece.

Natomiast klasyk Ceram został mi polecony przez nauczycielkę języka polskiego, wybitną pedagog podobnie jak ja zauroczoną Egiptem, dla obojga nas światem alternatywnym wobec powszechnej wtedy szarości. Myślę, że pani Rybka w innych okolicznościach życiowych mogłaby zostać prawdziwie wybitną egiptolog. Dzisiaj mogę jej tylko podziękować za wspieranie we mnie pasji.

Odkąd pamiętam, w każdym środowisku, w jakim przyszło mi się obracać, czy to szkolnym, czy to zawodowym bądź towarzyskim, zawsze byłem tym gościem, który o Egipcie ma zawsze najwięcej do powiedzenia, i co najważniejsze – dobrze wie, o czym mówi. Aż do rozpoczęcia studiów na Uniwersytecie Warszawskim nie spotkałem człowieka dorównującego mi pasją. I to nawet nie ukierunkowaniem pasji na Egipt, bo nie wszyscy muszą się nim interesować, ale w ogóle – natężeniem tej pasji. Wydawało mi się, że jestem jedyną taką osobą w całej Polsce. Na pewno jedyną, która może wyznać: Egipt to moja miłość. 

Egipt to moja miłość, więc będę tę miłość kontynuował

Zapewne jeszcze przez długie lata, choć nic nie da się powiedzieć na pewno. Bo my, ludzie, mamy ograniczony wpływ na los. Możemy się tylko starać, aby było właśnie tak, jak sami chcemy, a nie tak, jak w naszym imieniu chcą inni. I o taką miłość wespół z pogłębioną świadomością warto walczyć.

PS Zdjęcie na feluce autorstwa Wojtka Fraszczyńskiego (Rotomatic.pl).