Jak poderwać Egipcjankę

Felieton o tym, jak poderwać Egipcjankę i do tego muzułmankę. Ostrzegam, że tekst zawiera dużą dawkę męskiego szowinizmu. Panie feministki proszone są o opuszczenie niniejszej strony. Pozostałe przedstawicielki płci pięknej czytają na własną odpowiedzialność.

Jak poderwać Egipcjankę

Będę dziś wyjątkowo szczery, tak jak nigdy. Wskazana jest zatem wyrozumiałość dla moich męskich słabości. W Egipcie dostaję rumieńców i oczopląsu. Dosłownie. Gdzie nie spojrzę, tam kolorowe hidżaby na uroczych główkach albo nikaby – czarne jak noc i szczelnie zakrywające kobiece ciała. Co za uczta dla męskiej wyobraźni! Przecież pod tym ciemnym całunem może kryć się tajemnicza piękność z baśni tysiąca i jednej nocy. A ty właśnie obok niej przechodzisz jakby nigdy nic. Czy ona też zwraca na ciebie uwagę? Paradoksalnie te wzbudzające grozę u Europejek burki zostały wymyślone właśnie dlatego, aby ustrzec kobiety przed pożądliwym wzrokiem mężczyzn. Zatem wyjście na ulicę w średniowiecznym mieście arabskim musiało być dla nich ekstremalnym przeżyciem. Ciekawe to czasy, w wielu dziwnych obyczajach nawiązujące do dżahilijji, czyli okresu jeszcze przed pojawieniem się islamu.

No, ale ani słowa więcej o historii! Teraz czas na męskie stany pierwotne. Nic nie działa na mnie bardziej niż hidżab albo nikab. Kobieta z odkrytą głową, a nawet w spódniczce mini (widziałem kiedyś w Kairze), może, oczywiście jak dla mnie, przemknąć niezauważona. To w naszej ojczyźnie widok tak częsty, że aż nudny. Nie po to robisz taki kawał drogi, stary świntuchu, żeby gapić się na to, czego u siebie masz w bród. Co innego taka skromna panna z chustą na głowie i w szykownej sukience naciągniętej na obcisłe dżinsy. W jej ciemnych oczach (od początku skupiasz uwagę na jej niesamowitych oczach) można wyśnić sny sprzed wielu tysiącleci. Bo te oczy są po prostu wierną kopią scen namalowanych wewnątrz starożytnych grobowców w Tebach Zachodnich. I niesamowicie mnie to kręci. Cóż na to poradzę? Właśnie takie mam skojarzenia. Jeśli myślicie, że w Egipcie interesują mnie tylko kamienie, to jesteście w błędzie. Malarstwo również mnie pociąga 😉

Niezapomniana jazda w Tebach

Dziesięć lat temu, będąc piękny, młody, choć nie tak bogaty jak Mark Zuckerberg, przeżyłem w Tebach Zachodnich krótki „romans”. Jechaliśmy z małą grupą archeologów lokalnym środkiem lokomocji, tzw. tojutą (zdezelowany japoński pick-up z umocowaną za szoferką budą dla pasażerów) w towarzystwie dwóch miejscowych pań w hidżabach – jednej starszej, drugiej dużo młodszej – i kilku panów w galabijach. Już od początku jazdy zrobiło się bardzo wesoło, bo starsza pani zagadywała, panowie uśmiechali się pod wąsem, a my odpowiadaliśmy, na ile potrafiliśmy naszą łamaną arabszczyzną. W pewnej chwili milcząca dotąd dziewczyna zadała mi pytanie, jakie wiele razy pojawiało się w ustach także innych Egipcjanek, czy jestem muzułmaninem. Rozmowy toczyły się dalej wzbogacone o ukradkową wymianę spojrzeń. Na następnym przystanku trzeba było wysiadać. Wygramoliłem się z pojazdu jako ostatni. I nagle, gdy już chciałem odchodzić, poczułem, że ktoś chwyta mnie mocno za rękę. To była ona – wiejska dziewczyna w hidżabie! Nie wiedziałem, jak się zachować, więc po prostu ścisnąłem jej rękę mocniej, po czym uwolniłem się. Odjechała, patrząc na mnie. A ja przez dwa tygodnie chodziłem z głową w gwiazdach.

Liczy się tylko jedno

Ale każda podróż, nawet taka najbardziej romantyczna (a może zwłaszcza taka?), musi się kiedyś skończyć. Druga dekada XXI wieku, a więc twarda, globalna rzeczywistość, kiedy bardziej liczy się przetrwanie niż kulturowe sentymenty. Miasto Luksor. Spaceruję promenadą na wysokości Karnaku. Tym razem śliczne malowidło ze starożytnego grobowca próbuje sprzedać mi butelkę wody mineralnej. Cena dużo za wysoka, więc wdzięcznie się targuję. Osiągnąwszy swoje, dorzucam drugie tyle w ramach bakszyszu, bo dziewczyna bardzo mi się podoba, i zamierzam odejść w swoją stronę… Ale słyszę za plecami: poczekaj jeszcze! Zaczynamy przyjemnie rozmawiać o życiu, o kwiatach, o jej urodzie, i takie tam, aż dochodzimy do sakramentalnego pytania o wyznanie.

Niestety, ale nie jestem muzułmaninem.
No, trudno… ale nie szkodzi. Skąd więc jesteś?
Z Bulandy („Bulanda” to po arabsku Polska).
A, Hulanda (Holandia), fajnie.
Nie, nie Hulanda, tylko Bu-lan-da.
Oj, no co ty… 🙁

No cóż, chyba w każdym kraju na świecie, nie wyłączając Egiptu, najwięcej męskiego uroku ma (jednak!) pękaty portfel. Ale i tak nikt mi nigdy nie wmówi, że nie da się poderwać Egipcjanki 🙂

#Egipt #randka #romans

(Visited 494 times, 1 visits today)