Kiedyś pracował w GAZECIE, dziś poszukuje… mumii

Fascynująca religia, pozostałości z czasów świetności faraonów, piramidy, mumie, Sfinks, długie karawany ciągnące się przez pustynię i egzotyczny klimat – któż z nas się tym kiedyś nie pasjonował? On postanowił spełniać marzenia i ma to dzisiaj na co dzień. Pochodzący ze Starachowic, związany zresztą z naszą GAZETĄ, Kamil Zachert zastępuje dziś dyrektora polsko-egipskiej Misji Skalnej w Deir el-Bahari, która jest bliska sensacyjnego odkrycia.

Jak to się stało, że chłopak ze Starachowic „wylądował” w Egipcie?

– To był, w pewnym sensie, przypadek. Mówię: w pewnym sensie, ponieważ trochę temu przypadkowi pomogłem. Każdy polski egiptolog, zapytany o początki zainteresowania Egiptem, powołuje się na lekturę książki „Bogowie, groby i uczeni. Powieść o archeologii” C. W. Cerama, mnie natomiast „rozdziewiczył” inny tytuł – „Gdy słońce było bogiem” Zenona Kosidowskiego. Już w wieku 14 lat wiedziałem, że zostanę egiptologiem, gdy będąc na wycieczce w dogorywającej już NRD, kupiłem album o piramidach, oczywiście po niemiecku. Nie znałem tego języka, ale były tam ładne kolorowe obrazki – faraon, niewolnicy, wielkie bloki skalne, z których ludzie z mozołem wznosili budowle mające przetrwać tysiąclecia. Od dziecinnych marzeń, bardziej o egzotycznej przygodzie niż o żmudnej pracy na stanowisku archeologicznym spalonym przez egipskie słońce, do mojego pierwszego wyjazdu nad Nil, minęło jednak dużo lat…

Pewnego dnia znalazłem w jakiejś gazecie artykuł o prof. Andrzeju Niwińskim i jego niezwykłych badaniach w malowniczej dolinie Deir el-Bahari, pośrodku Teb Zachodnich w Egipcie. Szybko sprawdziłem na mapie. Deir el-Bahari leży po zachodniej stronie miasta Luksor, ponad 700 kilometrów na południe od Kairu! Pamiętam, co wtedy sobie pomyślałem. Dostanę się na studia archeologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, o których zawsze marzyłem, będę miał okazję poznać profesora i kto wie, może po kilku latach jakoś zwrócę na siebie uwagę i pojadę na wykopaliska do Afryki. Nie spodziewałem się wówczas, że już za rok będę uczestnikiem Misji Skalnej i że zaprzyjaźnię się prof. Niwińskim. Poznaliśmy się szybciej, niż się spodziewałem, i to przez przypadek – dzięki dyskusji na forum internetowym. Od tamtego czasu minęło już blisko 12 lat. Dzisiaj mam zaszczyt prowadzić Misję Skalną w jego zastępstwie.

Z tego, co udało mi się ustalić, swoje pierwsze wykopaliska odbył Pan jeszcze w … liceum.

– Właściwie to jeszcze przed rozpoczęciem liceum. W wakacje, po ukończeniu podstawówki wyjechałem w okolice Olsztyna, aby pracować przy eksploracji kurhanów z wczesnej epoki żelaza, prowadzonych przez archeologów z tamtejszego Muzeum Warmii i Mazur. Spędziłem tam ponad miesiąc rozkopując, jako zwykły pracownik fizyczny, pradawne cmentarzyska w lasach i nad jeziorami. Po raz kolejny pojechałem tam dwa lata później. Wtedy właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z poważną pracą archeologa. Na długo przed rozpoczęciem studiów kierunkowych na Uniwersytecie Warszawskim trzymałem w rękach popielnice ze szczątkami zmarłych i rysowałem szkielety.

Pamięta Pan swój pierwszy wyjazd? Co zrobiło na Panu największe wrażenie?

– Tu chyba Panią zaskoczę, bo wybierając się nad Nil, spodziewałem się świata znanego mi dotąd z lektur baśni i awanturniczych powieści. Spodziewałem się egzotyki z czasów arabskich kalifów, bliskowschodnich strojów, dżinów w srebrnych lampach, małpek na ramionach przechodniów… No, może trochę podkoloryzowuję. Ale spodziewałem się czegoś innego niż w Europie, choć nie bardzo wiedziałem, czego konkretnie. Wyjazd był spełnieniem moich marzeń, więc wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Tymczasem na ulicach Kairu zobaczyłem facetów w całkiem zwyczajnych garniturach i popularne bary McDonald’s ze śmieciowym jedzeniem. Zachodnia cywilizacja pośród piramid wywarła na mnie wielkie wrażenie, tyle że… negatywne. Nie zdawałem sobie sprawy, że próbując ubrać współczesnych Egipcjan w anachroniczny kostium, staję się nieświadomie narzędziem w krzywdzącym procesie orientalizacji. Nawiązując do słynnej książki Edwarda Saida: Europejczyk przyjechał do Egiptu z własną wizją tego kraju… To było bardzo głupie.

Co tak bardzo pociągało Pana w tej pracy, że zaniechał Pan dla niej reklamę?

– Ja widzę to całkiem odwrotnie. Praca w reklamie nie pociągała mnie wcale. Podobnie jak nie pociągał mnie handel, ubezpieczenia i kilka innych przypadkowych i niechcianych robót, którymi się parałem w życiu. W środowisku, w którym wyrosłem, nie było dla mnie odpowiedniego wzorca. Był za to powszechny sposób myślenia. A ja byłem zbyt młody, żeby iść własną ścieżką. Żeby zrozumieć, jakie to bardzo ważne. Dałem sobie wmówić, że muszę zachowywać się przeciętnie i dążyć do tego samego, co wszyscy wokół mnie – dorobić się, osiągnąć sukces, pokazać coś. Oczywiście skończyło się to katastrofą finansową, bo nie bardzo dbałem o karierę i mimo początkowych chęci, z braku wrodzonego talentu rynkowego, nie zostałem groszorobem. W którymś momencie życia, nie rozwiązawszy swoich spraw do końca, spakowałem plecak i wyjechałem kopać w piasku. To nie była ucieczka. To był powrót na szlak.

Postawił Pan na marzenia…

– Pieniądze to nie wszystko, choć może brzmieć to banalnie. Ale naprawdę tak jest. Jeżeli młody pasjonat słyszy rady jakiegoś „dobrego wujka”, że powinien zrezygnować ze swoich marzeń i wybrać tak zwany normalny zawód, na przykład prawnika, który zapewni mu w przyszłości pieniądze, to ja takiego łobuza chętnie wysmagałbym batem. Nic tak nie zabija człowieka jak pragmatyzm. Właśnie dlatego nie postrzegamy świata jako doskonałego, bo chodzi po nim zbyt wielu ludzi, którzy posłuchali swych wujków. Szybko pożarł ich stres, stali się źli i agresywni. Wiedzą, co im w życiu nie wyszło, lecz wypierają to ze świadomości. Boją się pomyśleć, że minęli się ze szczęściem o jeden włos. Poza tym sytuacja na rynku zmienia się. Nie wiadomo, czy za kilka lat rzekomo kiepski zawód nie okaże się strzałem w dziesiątkę. W dodatku nie będzie żadnej konkurencji [śmiech]. Dlatego apeluję: młodzi, jeśli czujecie się wyjątkowi, to nie rezygnujcie z siebie, aby spełniać cudze oczekiwania. Nie myślcie tylko kategoriami materialnymi, a wszystko będzie z wami w porządku.

W ilu wykopaliskach brał Pan już udział?

– W centrum moich zainteresowań jest egiptologia, dlatego udziału w badaniach poza Egiptem w ogóle nie liczę. Zresztą nie było tego dużo – głównie praktyki zawodowe. Do Egiptu jeżdżę natomiast od 2003 roku. Wykopaliska odbywają się właściwie co roku, z wyjątkiem lat 2010–2012, gdy w Egipcie trwała rewolucja. Każdy kolejny sezon badań różni się czymś od poprzedniego. Bywają prace na stanowisku dość monotonne, bardziej techniczne lub inżynieryjne niż archeologiczne, ale zawsze towarzyszą im okresy wzmożonych emocji. Właściwie każdy sezon zapada w pamięć.

Które z tych badań było najbardziej zaskakujące i przyniosło jakieś odkrycia?

– Należy odróżnić słowo: odkrycie od słowa: znalezisko. Zdecydowana większość rzeczy, jakie archeolog wydobywa z ziemi, znajduje on tam przypadkiem. Na przykład firma archeologiczna prowadzi badania na trasie planowanej autostrady, nie wiedząc tak naprawdę, czego może się spodziewać. Czy trafi na cmentarzysko, pozostałości jakiejś osady, a może niczego tam nie będzie. Nie można wtedy mówić o odkryciu, choć kolokwialnie nadużywa się tego określenia. Odkrycie jest bowiem zwieńczeniem procesu badawczego. Do odkrycia nie prowadzi szczęśliwy traf, ile mozolne przedzieranie się przez z góry przewidziane trudności, ale z jasną świadomością celu. Tak było w przypadku egiptologa Howarda Cartera, który w 1922 roku odkrył nienaruszony pochówek Tutanchamona. Nie stało się to przypadkiem. Carter wiedział, czego szuka i przez kilka lat, wbrew krytyce ze strony środowiska naukowego, dążył do tego za wszelką cenę. Tym jest właśnie odkrycie – zwieńczeniem dzieła, a nie samym dziełem. Nie powinno się o tym zapominać. Myślę zatem, że w takiej chwili odkrywca czuje zarazem radość i ulgę, że wreszcie może odpocząć.

W jakie rejony Pan się wyprawia?

– Od ponad 10 lat jeżdżę już tylko do Egiptu. Paradoksalnie nie miałem przez cały ten czas zbyt wielu okazji do odwiedzenia większości wartych do zobaczenia miejsc. Dotarłem do kilku oaz na Pustyni Zachodniej, krótko zwiedzałem Aleksandrię, jak i Egipt Środkowy ze świątyniami w Abydos i Denderze. Byłem parę razy w Abu Simbel nad sztucznym Jeziorem Nasera, w kamieniołomach i na wysepkach pierwszej katarakty, oraz na File. Poza tym dobrze znam Teby Zachodnie, w tym bardzo odległe skalne doliny i prehistoryczne jaskinie, gdzie jeszcze może kryć się wiele tajemnic. No i Kair – największą metropolię Afryki. Ale ani razu na przykład nie byłem nad Morzem Czerwonym. Po prostu, jestem zajęty pracą.

Czy bywa ona niebezpieczna?

– Nie w większym stopniu niż wyjście na zakupy do sklepu za rogiem. W cieniu może czaić się bandyta i zrobić nam krzywdę, bo będzie mieć na to ochotę. Ciągle się słyszy o napadach dla sportu. Muszę powiedzieć, że w Egipcie czuję się znacznie bezpieczniej niż w Polsce. Nie ma tam agresji na ulicach, nie ma pijaków, nie słyszy się wulgaryzmów. Ludzie odnoszą się do siebie z większą życzliwością, nie są tacy zajadli. Niestety pod tym względem my, Polacy, jesteśmy daleko z tyłu cywilizacji.

Miał Pan jakieś przygody, o których wolałby dzisiaj zapomnieć?

– Może odnalazłbym w sobie awanturniczą żyłkę, lecz czasy temu nie sprzyjają. W Egipcie jest zdecydowanie pokojowo. Nawet jeśli media donoszą o jakichś zamieszkach, to dotyczą one głównie Kairu, który zamieszkuje 20 milionów ludzi. Plac Tahrir – świadek egipskiej rewolucji pomieścić może 300 tysięcy ludzi. Trudno mówić o milionach tam protestujących. Typowa dziennikarska przesada. A nawet jeśli i trzy miliony, co to jest wobec ponad 80 milinów mieszkańców całego kraju. Pierwsi egiptolodzy pracowali z pistoletami pod ręką. Mnie bardziej przydałby się dobry GPS. Właściwie jedyną groźną przygodą było przed laty otoczenie mnie w nocy, na starożytnym cmentarzu w pobliżu wsi Gurna, przez watahę kilkudziesięciu dużych i wygłodniałych psów. Bestie zachowywały się bardzo agresywnie. Udało mi się wydostać z opresji, ale już nigdy więcej tamtędy nie chodziłem.

A co z klątwami, które tak mocno kojarzą się wszystkim z Egiptem? Wierzy Pan w nie?

– Starożytni Egipcjanie, którzy potrafili posługiwać się magią – mnóstwo jej przykładów znajdziemy przede wszystkim w mitach – nie znali klątw w naszym rozumieniu. Teksty zapisane na ścianach grobowców najpotężniejszych faraonów nie zawierały innych zaklęć niż takie, które ułatwiały ich duszom przedostanie się do raju. Słynna Księga Zmarłych to właściwie rodzaj przewodnika po zaświatach, zawierający zestaw gotowych odpowiedzi na pytania, które mogą zadawać im demoniczni strażnicy. Nie ma tam jednak nic przeciwko żywym ludziom. Jak widać, nie wierzę w rzekome egipskie klątwy.

Jak wyglądają Pana wyjazdy? Długo trzeba się do nich przygotowywać?

– Sezon wykopaliskowy w Tebach Zachodnich zaczyna się jesienią, a kończy na wiosnę. W cieplejszej porze roku nie da się wytrzymać na stanowisku archeologicznym, gdzie temperatura powietrza sięga nawet 50 stopni Celsjusza. W takich warunkach trzeba by było spędzić cały dzień. Noc nie dałaby wytchnienia, bo latem jest ona wyjątkowo duszna i gorąca. Pracujemy od szóstej rano aż do godziny 15. lub 16.00. Czasami trochę krócej, jeśli nie mamy opóźnień. Inne misje archeologiczne pojawiają się w pracy godzinę po nas, a kończą już o 13.00. Okres wykopaliskowy trwa przeciętnie dwa miesiące, po których następuje przerwa świąteczna. W styczniu znów wracamy do Egiptu, aby opuścić go dopiero w marcu. Tak więc, licząc w terminach akademickich, w ciągu jednego roku odbywają się dwa sezony wykopaliskowe, które trwają łącznie cztery miesiące.

Kwaterujemy kilka kilometrów od stanowiska pracy, w wynajętym domu. Każdy uczestnik misji ma przydzielone zadania, które wynikają z jego kwalifikacji. Nie wszyscy są przecież archeologami. W ekipie znajdują się również inżynierowie i dokumentaliści, a jedna z moich koleżanek egiptolożek specjalizuje się w tak rzadkiej dziedzinie, jak paleopatologia mumii. Warunki klimatyczne na stanowisku są takie, że po całym dniu wszyscy jesteśmy wykończeni. Pracujemy bowiem na wapiennej półce skalnej „zawieszonej” prawie sto metrów od podłoża doliny Deir el-Bahari i wystawionej na południowe słońce. Z tyłu wznosi się nad nami 60-metrowa ściana masywu tebańskiego. Krótko mówiąc, jest tam jak w rozgrzanym piekarniku. Staram się znaleźć siły, aby codziennie wieczorem prowadzić dziennik oraz bloga naszej misji. Ponadto edytuję i archiwizuję dokumentację fotograficzną, przy okazji wykonując dziesiątki doraźnych czynności. Proszę mi wierzyć, nie jest to łatwe zadanie, gdy oczy się kleją. Nieraz zarywałem noce. Jednak jest to nic w porównaniu z ciężką pracą naszych egipskich robotników. Należą im się słowa uznania. To wspaniała ekipa.

Niektórzy mówią, trochę z pogardą, że praca archeologa to nic innego, jak tylko bawienie się w piasku… Czy faktycznie tak jest?

– A o egiptologach, że urządzają sobie egzotyczne wycieczki na koszt uniwersytetu i naiwnych sponsorów… Może odwrócimy wartości. Co jest poważnego w wyprodukowaniu na przykład kolejnego telefonu komórkowego, a następnie przekonywanie w reklamie, że to jest właśnie ten cudowny przedmiot, który da nam szczęście? Tak, bo nie tyle reklamuje się produkt, ile emocje z nim związane. Ale oczywiście tylko do momentu wypuszczenia na rynek nowego modelu. Wtedy trzeba szukać szczęścia od nowa, może w innym kolorze obudowy… A stare szczęście lekką ręką wyrzucić do śmieci. Czy takie zajęcie naprawdę ma więcej sensu niż archeologia? Co motywuje ludzi do podejmowania wyłącznie komercyjnych działań? Zapewne szansa wypracowania zysku, czyli podejście ekonomiczne. Jednak czy dla każdego człowieka pieniądze mają podobną wartość? Polemizowałbym. Dla ludzi z pasją są one tylko środkiem, nigdy celem. Co więcej, naukowiec jest w stanie pogodzić się z ograniczeniami materialnymi, o ile tylko może w spokoju dążyć do wiedzy, doskonalić się. Człowiek o nastawieniu ekonomicznym nigdy tego nie zrozumie. To są dwa różne światy, które mało pasują do siebie, choć oczywiście potrzebują się wzajemnie. Życie bez telefonu komórkowego z pewnością byłoby trudniejsze dla archeologa, ale bez „bawienia się w piasku” – przerażająco puste.

Co sprawia Panu największą frajdę?

– Lubię opowiadać o Egipcie. Gdyby mi na to pozwolić, mógłbym mówić godzinami o historii i kulturze tego kraju. Rodzina już nie chce słuchać i grozi mi wyrzuceniem z domu [śmiech]. Na szczęście od czasu do czasu bywam zapraszany do szkół czy domów kultury, żeby wygłosić jakąś prelekcję i pokazać zdjęcia z naszych wykopalisk, ale też z wiosek zanurzonych w bananowcach czy z pozostałości nieznanych świątyń w dalekich oazach. Wtedy mogę trochę się wyżyć. Nigdy nie było skarg, że przynudzam. Wręcz odwrotnie – zawsze padają dociekliwe pytania, zwłaszcza od starszych osób. Wygłaszałem w ubiegłym roku wykład dla słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Łasku. Przyszło ponad 150 osób! I nikt nie opuścił sali. Ludzie szczególnie interesują się tym, jak żyją Egipcjanie, w jakich warunkach mieszkają, co jedzą… Takie proste rzeczy. Nikt nie zauważa, że już dawno minął czas spotkania. I to sprawia mi największą frajdę.

Przed Panem niebawem kolejny wyjazd i kontynuacja prac badawcze w Deir el-Bahari, która w efekcie może się skończyć odkryciem nienaruszonego grobowca królewskiego z połowy XI w. p.n.e. Mógłby Pan zdradzić więcej szczegółów?

– Temat jest zbyt obszerny na jedną rozmowę. O kilku sprawach dotyczących ekipy i warunków pracy powiedziałem już wcześniej. Chodzi o to samo miejsce na półce skalnej w Deir el-Bahari, które ochrzciliśmy w zeszłym roku: Gebel Ragab, czyli Góra Ragaba. Określenie pochodzi od imienia egipskiego rajsa, który pracuje z nami od samego początku misji. Wierzymy, że dzięki determinacji, którą wykazujemy się już od kilkunastu lat, uda się nam pozytywnie zweryfikować hipotezę o istnieniu w tym miejscu doskonale zabezpieczonego grobowca królewskiego, prawdopodobnie użytego dwukrotnie – najpierw dla faraona Amenhotepa I z XVI w. p.n.e. Być może zawiera on szczątki Herhora (XI w. p.n.e.) – autentycznej postaci historycznej, lecz znanej Polakom przede wszystkim z kart powieści Bolesława Prusa „Faraon”. Opieramy się na mocnych przesłankach historycznych i wnioskach z działań terenowych. Od odkrycia – przez duże „o” – mogą dzielić nas zaledwie tygodnie wytężonej pracy.

Obecnie będziemy usuwać z terenu koncesji kolejne setki ton kamieni, które piętrzą się nad wejściem do grobowca i zagradzają nam dalszą drogę. Wykorzystujemy w tym celu specjalną instalację techniczną – gigantyczny zsyp budowlany o wadze kilku ton, wzmocniony od środka grubą blachą, zaprojektowany i wyprodukowany przez naszych inżynierów w Polsce. Montowaliśmy go na częściowo pionowej skale Gebel Ragab przez trzy tygodnie, co wymagało od ekipy niemal nadludzkich sił i wytrzymałości. Jeśli praca archeologa nadal kojarzy się komuś z pędzelkiem i szpachelką, to powinien zweryfikować te wyobrażenia [śmiech]. Wylatujemy do Egiptu w połowie października. Zachęcam do śledzenia naszych wykopalisk na blogu Misji Skalnej w Deir el-Bahari (misjaskalna.blogspot.com), który w czasie ekspedycji będę starał się prowadzić codziennie.

Jakie w tej chwili jest Pana największe marzenie?

– Już dawno temu przestałem traktować marzenia jednostkowo. Cieszyłbym się, gdyby cała ekipa Misji Skalnej mogła już wkrótce doświadczyć sukcesu, o jakim śnią wszyscy odkrywcy – zaspokoić wiecznie nienasycony głód wiedzy o niezwykłym świecie, który choć przestał kiedyś istnieć, wciąż w pewnym sensie jest w nas obecny. Wiem, że moi koledzy podzielają te marzenia.

A zatem niech szybko się ziszczą.

(An)
„Gazeta Starachowicka” nr 41 (1164) 2014

#kamilzachert #herhor #misjaskalna