Medytujcie nad brzegami jezior

Załatwianie spraw rodzinnych jest okazją do oderwania się od internetu i zanurzenia w prywatności. Każdemu przydaje się dłuższa chwila przerwy od „dzieje się i ja w tym uczestniczę”. Lubię częste postoje podczas biegu.

Medytujcie nad brzegami jezior

Wyłączyłem się ze świata na kilka tygodni. Dobrze mi to zrobiło. Powracam zrelaksowany i pokrzepiony na duchu. Jak zwykle głowa kipi mi od pomysłów, z których większości nigdy nie zrealizuję. Bo się po pewnym czasie wypalę lub po prostu zabraknie mi czasu. Ale co mi tam. Egipcjanie uważają dobre plany za namiastkę czynu. To fajna filozofia, bo zdejmuje z barków ogromny ciężar, jeśli coś nie wyjdzie.

W naszej kulturze mówi się dużo o odpowiedzialności, która znaczy mniej więcej tyle, co rzetelne odgrywanie ról społecznych (rodzic, który dba o dziecko; dłużnik dotrzymujący terminów; trzeźwy kierowca itd.). Ale mało kto podnosi to pojęcie do wyższej rangi. Być odpowiedzialnym to działać w inny sposób niż pod dyktando sztywnych zasad. Bo wtedy wiesz, kim naprawdę jesteś i jakie są wewnętrzne konsekwencje czynów. Czy są zgodne z twoją motywacją.

Świat to obce miejsce

Czasami świat wydaje mi się obcym miejscem. Wszyscy wokół chwalą się tylko tym, co im wyszło. Za to milczą skrupulatnie o porażkach. A gdybym tak, wbrew modzie na sukces, napisał o tym, jak pokpiłem sprawę? Pewnie ktoś zaraz napisałby w komentarzu o bólu dupy i tym podobnych. Na avatarze zobaczyłbym język wepchany w policzek albo ogromnego fucka. Tak, istota rzeczy to caffe latte ze Starbucksa. Boshe, jak to dobrze, że lemingi tu nie zaglądają.

Mam wielką potrzebę samotności. Moja aktywność rozkłada się po połowie: na życie zewnętrze i wewnętrzne. Egipt nie zwalnia z odpowiedzialności za mój dobrostan psychiczny. Tam również lubię pobyć trochę sam ze sobą, pogrążyć się w zadumie. Wybieram sobie kawałek skały, na której przysiadam, lub szczelinę, do której wpełzam niczym św. Antoni, i medytuję przez kilka godzin. A potem, usprawiedliwiony głosem z własnego środka, wracam do krainy żywych.

Twoja siła wewnętrzna

Medytujcie nad brzegami jezior, jeśli nie ma w pobliżu żadnych skał i szczelin. Każde miejsce jest dobre, by rozmyślać o istnieniu tak głęboko, że aż bierze strach. Ja nie oddałbym tych chwil nikomu. Wyobraź sobie, że wyciągasz wtyczkę z kontaktu. Znika z twojej głowy zgiełk świata, milkną wyrzuty sumienia, wszelkie osiągnięcia wydają się głupie i nierealne. Liczy się tylko tu i teraz, i ty jako punkt. Oczyszczasz się z brudu i powstajesz na nowo.

Jestem mistrzem w medytacji. Mam swoje własne tempo, z nikim nie muszę rywalizować i donikąd się spieszyć. Niektórzy ludzie wchodzą do piramidy, żeby pobrać z niej jakoby energię. Czują się lepiej, kiedy zmuszają się do działania. Stąpając w dół korytarzem, uczestniczą w swoistym akcie inicjacji. To pradawny rytuał, dzięki któremu czują się zakorzenieni. Ale w komorach piramidy nie ma nic. Prawdziwa moc to zgoda na nieuczestnictwo.

Czy żyjemy naprawdę?

Istniejemy tylko do pewnego stopnia, bo wszystko jest złudzeniem. A na pewno drętwą semantyką. Nawet w Koranie można doczytać, że życie ludzkie to gra i zabawa. Ja sam uważam, że można o tym mówić raczej mniej niż więcej. Poza skalą alfabetu jest tylko wiara, o której nic mądrego nie da się wymyślić. Mimo to dużo o niej mówimy. Chcemy dotknąć bytów niematerialnych. Im częściej się przewracamy, tym chętniej sami sobie podstawiamy nogę.

Ale potrzeba medytacji wyraża się w tym, że fakty znaczą zbyt mało.

I znów wróciłem w to samo miejsce, zatoczywszy koło. Lubię w czasie przerwy od pracy przemierzać poplątane szlaki własnego umysłu. Może właśnie to jest najważniejszym z moich zajęć. Jeszcze nie odkryłem nic lepszego, co by tanio, skutecznie i na długo ożywiało mojego trupa.

Jesteśmy paradoksalnym gatunkiem, jeśli wolno mi zabrać głos w imieniu całej ludzkości.