Miejsce w Egipcie, którego wam nie pokażę

To było 13 lat temu w Tebach Zachodnich. Byłem tam tylko jeden raz w życiu i już więcej nie wróciłem. Jest takie miejsce w Egipcie, którego wam nie pokażę. Którego nigdy nikomu nie pokażę. Jest na świecie tak wiele banalności, od których mogę czuć się większy. Ale tam moja małość wbiła mnie do samej ziemi.

Moje sekretne miejsce w Egipcie

Doświadczyłem rzeczy niezwykłej. Mogę opisać wam moje doświadczenie, lecz sprawozdanie z tak wielkiej sprawy to ryzyko muśnięcia zaledwie powierzchni istoty rzeczy lub co bardziej możliwe, popadnięcia w śmieszność. No trudno, podejmuję to ryzyko. Wierzę, że wszyscy poczujecie klimat. Ale i tak nie zda się to na nic bez myślenia metafizycznego. Przede wszystkim musicie nagiąć własne ja, poczuć się jak ów biblijny popiół, nic nie warte istnienie, które rozpłynie się w kolejnych tysiącleciach.

To było 13 lat temu w Tebach Zachodnich. Jak ten czas leci. Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że minęło tylko kilka lat. A to już kilkanaście. Na szczęście tylko ja się starzeję i powoli, powolutku każdego dnia umieram. On nie zestarzeje się nigdy i nigdy nie umrze. Za 10 wieków będzie miał się równie dobrze jak dzisiaj. Jak 13 lat temu. I być może, jeśli ktoś kiedyś na niego jeszcze natrafi, poczuje się wyjątkowo. Mam nadzieję, że to będzie człowiek podobny do mnie.

Mieszka na początku jednego z tysiąca tebańskich wadi. Szanuję go jak nikogo na świecie. Uczyniłem się samozwańczym strażnikiem jego bezpieczeństwa. Dlatego nie podam wam adresu, bo nigdy nikomu go nie podam. Żadnych map, dżipiesów, zdjęć, rysunków i innych naukowych bzdur. Pewnie i tak byście tam nie trafili. Jeśli chcesz coś dostrzec na skałach Tebach Zachodnich, musisz mieć oczy jak jastrząb. Jak egipski Horus. Mój bohater nosił więc imię Hori.

Hieroglify, które zmieniły moje życie

Wdrapałem się na skalną półeczką w jednym z tysiąca tebańskich wadi. Pomyślałem sobie, mając niżej przepaść, a nad głową niebo czyste jak kryształ, że to idealne miejsce do bycia sam na sam z kosmosem, życiem, samym sobą. Z każdej strony otaczała mnie absolutna cisza (poczujcie ten zwrot: absolutna cisza). Nie odezwał się żaden ptak, nie bzyknął w pobliżu owad. Nawet przez szczeliny w skałach nie dobywał się dźwięk. Bo wiatru też nie było. A ja tak nieważny w tym odwiecznym krajobrazie, jakbym nigdy nie istniał.

No i był też on. Wszedł tam chyba w okresie Nowego Państwa. I zapewne również był sam. Przypuszczam, że chciał w samotności kontemplować kosmos, życie i samego siebie. Wykuł swoje graffito na samym skraju półeczki, przy krawędzi ściany. Gdybym nie poszedł trzech metrów dalej, nigdy bym nie zauważył egipskich znaków. Bo żadnych innych graffiti tam nie było. Samo krótkie imię. Dwa znaki: sokół i pióro – Hori. Tyle wystarczy, aby całkowicie zmienić życie kogoś młodszego o ponad trzy tysiące lat.

Hieroglify wyglądały tak idealnie i świeżo, jakby Hori wykuł je wczoraj. Przetrząsnąłem kilka książek w poszukiwaniu człowieka, którego tożsamość mi zdradziły. Wiadomo tyle, że był piśmienny. Było wielu dostojników o takim imieniu, a wśród nich nawet książę. Jednak mnie najbardziej zainteresował tebański pisarz, który mógł mieszkać na zachodnim brzegu Nilu. Oczywiście nigdy nie dowiem się tego na pewno. Ale przyjemnie wyobrazić sobie w takim miejscu zwykłego człowieka, a nie księcia.

Poznaj swoje prawdziwe miejsce

Kilka lat później ponownie wybrałem się w to miejsce. Chciałem zrobić zdjęcie tym hieroglifom i powiesić je sobie na ścianie, aby zawsze były ze mną. Ale w połowie drogi do wadi zaniechałem tego. I już nigdy więcej tam nie wróciłem. Zdałem sobie sprawę, że o mały włos nie zachowałem się jak chciwa świnia. Miałem zamiar zatrzymać przy sobie człowieka, który chciał być przez wieczność sam. Dla satysfakcji, że byłem tam, widziałem i zrabowałem.

Zatem Hori został moim wyidealizowanym przyjacielem. Kiedy było mi źle z jakiegoś powodu, wtedy zawsze o nim myślałem. Jak błahe wydawały się moje doczesne problemy przy jego nieśmiertelności. I przy naszej wspólnej wielkiej tajemnicy. Nie zostawiłem na tej skalnej półce żadnych swoich bazgrołów. Jedyny dowód, że tam byłem, jest taki, że ja to wiem.

Są rzeczy, od których jesteśmy więksi, ale są też takie, od których na zawsze pozostaniemy mniejsi. I nie wolno zmieniać tych proporcji, choćby cały dzisiejszy świat krzyczał, że to nieprawda.


#luksor #wadi #hieroglify

  • Leszek Zinkow

    Bardzo piękne. Miejsca Horiego oczywiście nie widziałem i pewnie nie zobaczę już, ale tej absolutnej ciszy i samotności w zachodnich Tebach sam doświadczyłem.

    Może zabrzmi to niesłychanie banalnie, ale drugiego tak namacalnie magicznego miejsca nigdy i nigdzie nie widziałem. Przypomniała mi się relacja angielskiej podróżniczki, Florence Nightingale, która zwiedzała te okolice w styczniu 1850 roku. To chyba jedna z najpiękniejszych pereł literatury podróżniczej w ogóle (niestety w moim marnym przekładzie):

    „Jakże powitały nas Teby!
    Bezwietrzna, martwa cisza, idealnie gładka, przypominająca jezioro tafla Nilu, bez widocznych, jak dotychczas, zawirowań nurtu. Pasmo gór, niezmiennie nam dotąd towarzyszące, wycofało się i ukryło, jakby strachliwie ustępując płaskowyżowi, przynależnemu majestatowi śmierci i spoczywającym tu umarłym. […] jakby duchy faraonów ożyły, wychodząc nam naprzeciw. Brakuje słów, by wyrazić to, co czujemy. […] Nic – doprawdy nic nie może się równać pierwszemu wrażeniu widoku Teb…”

  • Adrianna

    To musiało być przeżycie transcendentalne, dlatego nie da się tego ująć słowami. Są uczucia, których nie można nazwać, drugi człowiek może jedynie doświadczyć czegoś podobnego, następnie spojrzeć
    w oczy tego pierwszego i w nich tylko oboje znajdą zrozumienie – bez słów.