Wystąpiłem gościnnie w programie Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera”. Temat dotyczył nieudanego małżeństwa Polki z obywatelem Egiptu. Nie mam zamiaru zdradzać szczegółów tej sprawy przed emisją programu zaplanowaną w przyszłym miesiącu. Wszystko zobaczycie sami na ekranie telewizora 18 października 2018 r. Mogę tylko powiedzieć, że materiał zebrany przez redakcję jest dość wstrząsający.

Mieszane małżeństwa polsko-egipskie

Ograniczony czas nagrywania audycji w studio przy ul. Woronicza 17 w Warszawie uniemożliwił mi powiedzenie wszystkiego, co bardzo chciałem i powinienem był powiedzieć. W dodatku program na pewno będzie jeszcze skrócony, żeby zmieścił się w ramówce Telewizji Polskiej.

Nie mam bladego pojęcia, co ostatecznie pójdzie na antenę, jak montażyści ogarną gorącą dyskusję, która się wtedy wywiązała. Możecie mi wierzyć, że inaczej odbiera się takie programy, siedząc wygodnie przed telewizorem, a inaczej, gdy jest się ich uczestnikiem na miejscu.

Jadąc do „Sprawy dla reportera” ułożyłem sobie mniej więcej plan moich wypowiedzi. Wydawało mi się, że będę miał szansę odnieść się do tematu w sposób analityczny, czyli między innymi opowiedzieć trochę o kulturze Egiptu i obyczajach jego mieszkańców, a przede wszystkim załagodzić stereotypowe podejście do muzułmanów, którzy mają w Polsce bardzo złą opinię i za którą w zdecydowanej większości nie ponoszą winy. 

Te wszystkie kwestie nie mogły być poruszone, ponieważ wyszłyby czasowo poza ramy bulwersującej sprawy, która była przedmiotem dyskusji.

Nie osądzaj, bo się pomylisz!

Sądząc człowieka za coś, jeśli w ogóle ośmielamy się to robić, powinniśmy uważać na pewien mechanizm psychologiczny, tzw. pułapkę podwójnego wartościowania.

Mamy zbyt dużą tendencję do oczerniania innych i wybielania siebie w tej samej sprawie, nader często błędnie uniwersalizując ją moralnie czy uogólniając do granic absurdu. Nigdy nasze własne sądy i opinie nie są jedynymi wyznacznikami standardów reagowania na problemy innych ludzi. Nigdy też jakieś nawet najbardziej bulwersujące zjawisko społeczne nie dotyczy wszystkich.

Musimy być ostrożni, kiedy zabieramy głos, by celowo bądź nieumyślnie nie dorzucać drew do płonącego stosu ksenofobii i hipokryzji.

Tak właśnie jest z mieszanymi małżeństwami polsko-egipskimi, jak i w ogóle ze związkami partnerów pochodzących z różnych kultur. Temat niewątpliwie zwraca na siebie uwagę poprzez swoją „egzotykę”, nasuwa pytania o jakość i trwałość takich relacji, organizowanie dnia codziennego tu i tam, czyli w kraju małżonka, czy o to, w jaki sposób będą wychowywane dzieci.

Jeśli motywuje nami naturalna ciekawość, chcemy nauczyć się czegoś o innych, szanując ich i nie czyniąc im krzywdy; mamy otwarte umysły na odmienny system wartości, w którym widzimy rzeczy wspólne, a nie antagonizmy, wtedy postępujemy mądrze. W przeciwnym razie doszukujemy się jedynie pretekstu do polowania na czarownice.

Czy tu chodzi o islam?

Oprócz nieudanych, nieszczęśliwych małżeństw polsko-egipskich, których osią jest wielki dramat rodzinny, poczucie krzywdy i świadomość złego wyboru, istnieją równolegle bardzo liczne małżeństwa polsko-egipskie, które są udane i szczęśliwe. Problemy codzienne, z którymi się zmagają, nie odbiegają znacząco od problemów przeciętnych małżeństw monokulturowych.

Nie jest więc prawdą, że za nieudany związek Polki z Egipcjaninem należy zawsze winić kulturę i religię, z której się wywodzi.

Moim zdaniem większe znaczenie ma to, jakimi oboje są ludźmi – czy prawymi, udzielającymi sobie wsparcia, czy skupionymi na własnych korzyściach egoistach, którzy rodzinę traktują jak ruchomy inwentarz. Ta druga postawa nie wynika z patriarchalnego islamu, jak z pozoru może się wydawać, lecz po prostu z niskiej świadomości i szczątkowego wyedukowania.

Krótko mówiąc, winę za nieudany związek może ponosić konkretny człowiek, a nie jego narodowość czy odcień skóry.

Polki poznają swoich egipskich partnerów w różnych miejscach i okolicznościach. Nie zawsze tym partnerem będzie kelner czy animator w hotelu w Hurghadzie. Wakacyjne romanse, które bywają częścią szerszego zjawiska, jakim jest seksturystyka, mają najczęściej trochę inny przebieg i własną, wewnętrzną dramaturgię opartą na klasycznym schemacie „podryw, uniesienie i rozstanie ze łzami”, czasami też „szczęśliwy powrót”.

Ale przygody erotyczne w egipskim kurorcie rzadko prowadzą do małżeństwa czy choćby legalizacji związku. A już na pewno nie są schematem, który musimy traktować jako regułę. Podobnie jak żenujące zachowania niektórych polskich turystów po wypiciu alkoholu.

Kiedy mówią ci jak jest…

Sprawy poruszane w programach interwencyjnych wymagają empatii i rozwagi. Obawiam się, że wielu przypadkach zbyt łatwo ulegamy stereotypom i szybkim osądom. Formy medialne, które teoretycznie powinny ułatwiać opisanie i zrozumienie świata, bo posługują się językiem zwykłych ludzi, wtłaczają nas w zbyt ciasne ramy. Pozostawiają nas jeszcze bardziej zdezorientowanymi, niż byliśmy wcześniej.

Dostajemy drogowskaz, ale do prawdy musimy zdążać samodzielnie na własnych nogach.

Chciałbym wyprostować chaos informacyjny, w jakim od pewnego czasu żyjemy, informując rzetelnie i wyczerpująco na temat nierozumienia obcych kultur z kręgu islamu, społeczeństw na Bliskim Wschodzie i źródeł stereotypów…

Ale cóż po prawdzie mogę, kiedy moje słowa ograniczone są do czasu wyświetlania ich na fejsbukowym wallu. Do ilu ludzi dotrę i jacy to będą ludzie – zacietrzewieni w gniewie, okopani na barykadach jedynej słusznej wiary? Niektórzy wolą tupnąć nogą, uważając, że ot tak po prostu wiedzą więcej i lepiej, niż w zgodzie porozmawiać.

Nie jestem z tych, którzy chowając głowę w piasek, starają się przypodobać wszystkim wokół. Mówię to, co jest słuszne, ale nigdy nie zadowolę wszystkich, to jest po prostu niemożliwe. Gdy dochodzą do głosu żywe emocje, rozum robi sobie wolne.