Przyjechałem na kilka godzin do Warszawy. Późnym popołudniem mam tu umówione spotkanie. Oczywiście w sprawie Egiptu, bo innych tematów nie uznaję. Na razie jestem w amerykańskiej sieciówce z jakże pięknym widokiem na Pałac Kultury. Popijam wstrętną kawę i piszę dla was felieton na bloga.

Niektórzy ludzie zachowują się jak zombies

Pół godziny temu przeżyłem traumę. Stało się to na przejściu dla pieszych w samym centrum miasta. Czekałem spokojnie na zielone światło, a gdy już błysnęło, dziarsko wkroczyłem na zebrę. Naprzeciw mnie ruszył – niestety – także tłum wściekłych zombies po pracy. Walili całą szerokością przejścia prosto na mnie i nie zamierzali usunąć się z drogi.

Jak tu ich wyminąć, by nie doszło do kolizji?

W Egipcie również jest samowolka, choć trochę innego rodzaju. Tam też nie zważa się na porządek na przejściach dla pieszych, ale już sygnalizacja świetlna służy tylko i wyłącznie do dekoracji.

Każdy przechodzi przez jezdnię gdzie chce i kiedy chce, ryzykując zdrowiem i życiem. W niektórych miejscach, choć bardzo nielicznych, obowiązują z pozoru cywilizowane zasady. Lecz jak tylko błyśnie zielone światło, to zaczyna się epoka kamienia łupanego. Wtedy możemy poczuć się trochę jak u siebie w domu, lecz z taką różnicą, że Egipcjanie nie zderzają się ze sobą.

Polskim przechodniom brak egipskiego wdzięku.

Polacy, chcąc przejść na drugą stronę ulicy, zawsze rozłażą się na wszystkie strony i wpadają na idących z naprzeciwka niczym jacyś tępi zombies. Nie rozumiem tego. Przecież byłoby lepiej, gdyby od razu ustawili się na pasach w taki sposób, żeby się ciągle nie zderzać lub nie zmuszać się do robienia slalomu.

Ale to jeszcze nic. Najbardziej wkurza mnie, że za każdym razem trafiam na świętą krowę, której to ja muszę schodzić z drogi. Dlatego kiedyś zrobiłem niewinny eksperyment…

Wybrałem na pasach idealnego ochotnika do moich badań. Gość z zaciętą miną i szaleństwem w oczach, któremu najwyraźniej „gdzieś się spieszyło”. No więc pędzą do siebie dwie fortece wypełnione ładunkiem bomb. Która pierwsza wymięknie i usunie się z drogi?

I wiecie, co się stało?

Typek bezczelnie wszedł mi na głowę, wydając z siebie wściekle ni to cmoknięcie, ni to syknięcie. Chyba do ostatniej chwili uważał, że to ja powinienem go wyminąć, a nie on mnie. I zapewne jakoś bym wyminął, lecz nie tym razem.

Dla mnie to była prowokacja, gość o tym nie wiedział. Jego zachowanie musiało wynikać z egoistycznego stylu bycia. To świat miał się do niego dostosować, a nie on do świata.

W Kairze też chciałem doświadczyć stratowania mnie na przejściu dla pieszych. Ale nie udało mi się. Uczestnik tajnego eksperymentu zręcznie mnie wyminął, posyłając szeroki uśmiech i ciepłe słowa: „Welcome to Egypt!”.