Przegapiłem chwilę, w której obiad stał się lunchem, wydarzenie – eventem, pijaństwo – clubbingiem, a koniec tygodnia – weekendem. To jest współczesna nowomowa. Istnieją też bardzo dziwne określenia po polsku. Na przykład przestrzeń miejska. Albo strefa komfortu, która przebija wszystko inne i w dodatku dziwnie mi się kojarzy.

Syryjska strefa komfortu

Mój dzisiejszy temat nie ma związku z Egiptem, a jeśli już, to co najwyżej daleki, gdzieś w tle. Mam trochę pretensji do współczesnego świata. Ale wy wcale nie musicie tego czytać. Możecie odpuścić ten temat albo czytać go na własną odpowiedzialność.

Globalizacja dosięga każdego zakątka ziemi i wszędzie tak samo równa w dół. Proces formowania kultur zawsze odbywa się w ten sam sposób. Wszystko zaczyna się od języka i symboli. Efektem przemiany bywa powszechna infantylizacja, obniżenie standardów poznawczych, uproszczenie schematów myślowych, kreowanie nowej rzeczywistości. Wszyscy zaczynają mówić to samo i tak samo.

Nie oburzam się, że język angielski opanował (prawie) cały świat. Kiedyś jego miejsce zajmowała łacina, a wcześniej starożytna greka. Nikogo to nie martwiło, a już najmniej kupców i uczonych. Gdybyśmy cofnęli się jeszcze dalej w przeszłość, dotarlibyśmy nad rzeki Eufrat i Tygrys. Mową mezopotamskich królów posługiwała się nawet egipska dyplomacja. Bo hieroglify były zbyt skomplikowane. Każda epoka ma swoją lingua franca. Wszystko dla ludzkiej wygody.

Nie podoba mi się akurat to, że język angielski wypiera mój ojczysty tam, gdzie wcale nie ma takiej konieczności. Zaznaczyłem te słowa na samym początku artykułu. Ale również w nazwach kawiarni i restauracji, jak też małych firm, szczególnie na prowincji, na którą pies z kulawą nogą nie trafi, a co dopiero jakiś cudzoziemiec.

Obecnie byle wiejski golibroda pisze się na szyldzie „Barber”, ciesząc się z taniego lansu. Może naprawdę ów barber goli lepiej od męskiego fryzjera? Prawdę mówiąc, nigdy nie zauważyłem różnicy. Poza ceną.

Ale złośliwości na bok.

Przestrzeń miejska?

Niektóre popularne określenia wpisane do naszego języka, a raczej do współczesnej kultury języka, wydają się dziwaczne. Na przykład przestrzeń miejska. Nie chodzi o żadne konkretne miejsce ani obszar. To znacznie bardziej abstrakcyjne pojęcie. Jak dla mnie zbyt abstrakcyjne.

Kiedyś wychodziło się po prostu do miasta. Ja wychodziłem do miasta i ja tam byłem. Dzisiaj poruszam się w przestrzeni miejskiej, która przez swoją zimną nazwę jest dla mnie całkowicie obcym miejscem.

W przestrzeni jest nas dużo, każdy jest przez nią w pewien sposób określony i metafizycznie w niej umocowany. Trzeba się posunąć, ustąpić, jeśli natrafi się na kogoś lub coś, co rości sobie większe prawa do owej przestrzeni. Może to być np. jakiś event, performance itd. Tak mi się to kojarzy.

W Kairze wciąż nie ma przestrzeni miejskiej.

Jest tam ogromne miasto o zagęszczeniu połowy Polski. Ale mimo to nie czuję się w nim elektronem, lecz autonomicznym podmiotem, od którego zależy całe miasto. Przestrzeń miejska mną nie zawładnęła. Nie została jeszcze nawet zdefiniowana.

Miasto ściele się u moich stóp z wszelkimi możliwościami. Z dowolną jego interpretacją. Jestem tam naprawdę wolny, nie ma żadnej przestrzeni, która by mnie ograniczała.

Strefa komfortu?

Przestrzeń miejska to jeszcze nic w porównaniu z tzw. strefą komfortu.

Pochodzi toto chyba z psychoanalizy, a raczej z jej bardzo spauperyzowanej i wulgarnej wersji, która od lat przenika popkulturę i krąży po całej przestrzeni miejskiej, roznosząc się drogą kropelkową z kubków od Starbucksa.

Mówi się, że ktoś siedzi w swojej strefie komfortu, a ktoś inny z niej wychodzi. Być w strefie komfortu jest z jakiegoś powodu źle, a wydostawać się z niej jest z jakiegoś powodu dobrze. Bo w strefie komfortu okopujesz się na swoich pozycjach, a tego podobno nie wolno robić. Tak przynajmniej twierdzą coache.

Wszystko jasne?

Przypomnijcie sobie, o czym pisałem w artykule: Czy samotność jest złem?

Czy nie o tym, że każda egipska rodzina tworzy swoistą strefą komfortu dla swoich członków? Co by było, gdyby masowo zaczęli opuszczać tę podejrzaną strefę, decydując się na egzystencjalną niepewność i wynikający z niej ciągły stres? Egipska strefa komfortu istnieje realnie i skutecznie, co jest nie do przyjęcia dla nawiedzonych absolwentów psychologii, którym się w tyłkach z dobrobytu poprzewracało.

A może strefę komfortu należy zniszczyć tylko w zachodniej kulturze?

Każdy coach powie, że strefę komfortu trzeba opuścić. Dlaczego? Bo człowiekowi będzie w życiu zbyt lekko i wygodnie. Jeszcze przestanie się starać i popadnie w lenistwo. Nasza przodująca kultura wybaczy kradzież, przekręt czy oszustwo, ale lenistwa nigdy. Działaj, nawet jeśli twoje działanie nie ma sensu.

Dogmat: gdy tylko już coś osiągniesz, natychmiast porzuć swoją bezpieczną strefę komfortu i podejmuj kolejne ryzyko. Nie zatrzymuj się, bo inaczej zaczniesz się cofać, a wtedy… Właściwie nie wiadomo. Może nie kupisz mercedesa, jeśli się wycofasz, może coach i psycholog nie zarobią na bułkę z masłem.

Dla mnie namawianie ludzi do bezsensownego ryzyka w imię idei rywalizacji (choćby z samym sobą) to czysta paranoja.

Syria wychodzeni ze strefy komfortu

Może przesadzam, może rzeczywiście nie rozumiem o co chodzi. Ja sobie tylko kojarzę różne rzeczy ze sobą. Pomyślałem o terminie „strefa komfortu” w kontekście uchodźców z Syrii. Wolno mi mieć takie absurdalne skojarzenia, nieprawdaż?

Przed wybuchem wojny Syria liczyła 22 mln mieszkańców. W czasie działań wojennych 15 mln Syryjczyków zmieniło miejsce zamieszkania, co jest równoznaczne z porzuceniem przez nich dotychczasowej strefy komfortu – w tym wypadku domów rodzinnych.

To świetny wynik, ale wciąż na zbyt małą skalę, bo jakieś resztki strefy komfortu (syryjskie obywatelstwo, syryjscy sąsiedzi itd.) przecież im zostały, a to chyba bardzo źle.

Pięć milionów Syryjczyków zostało uchodźcami i całkowicie opuściło swoją strefę komfortu. Ci, którzy zostali na miejscu, np. w Aleppo, borykają się z problemem bezrobocia (jeśli już jest praca, to średni zarobek wynosi ok. 60 dolarów miesięcznie), drożyzny i niedostatku żywności, a zwłaszcza wody. Oni też nie mogą się cofnąć, muszą iść do przodu, wciąż przesuwając swoją strefę komfortu.

Eksperci twierdzą – powołuję się na dane Caritas Polska – że trzeba by 30 lat i pięcioprocentowego wzrostu PKB rocznie, żeby gospodarka Syrii wróciła do stanu sprzed wojny. Ale to wszystko nieistotne. Ważne tylko to, że Syryjczycy podjęli ryzyko wyjścia ze swojej strefy komfortu.

To nie logika dziejów.

To logika coachów i psychologów z europejskiej strefy komfortu.

Nie jestem jeszcze zdecydowany, czy to ja jestem nienormalny, czy to może świat oszalał?

(Visited 224 times, 1 visits today)