Kajzerka z szawarmą w restauracji Abu Haidar w Kairze to majstersztyk egipskiego street foodu. Nigdzie w Egipcie nie jadłem lepszego kebaba.

Restauracja Abu Haidar w dzielnicy Heliopolis to miejsce kultowe. I tak samo oblegane przez kairskich smakoszy, jak sławny Abu Tarek w centrum miasta. Wyróżnia ją szczególny rodzaj egipskiego street foodu. Nie jest to tradycyjne wegańskie koszeri, które można dostać na rogu każdej ulicy w Egipcie, lecz szawarma wołowa, tak smaczna, że codziennie przyciąga setki klientów.

Podobno przepis na idealny kebab jest pilnie strzeżonym sekretem restauracji Abu Haidar. To właśnie tajemnicza receptura, której rzekomo nikt nie umie skopiować, kryje się za długimi kolejkami oczekujących na danie. Sam stałem w takich kolejkach wielokrotnie, bez względu na porę, o której bym nie przyszedł, czy przed południem, czy w nocy.

Restauracja z kebabem w Kairze
Może jak na Egipt tradycja od 1968 roku nie jest zbyt długa, ale kiedy pomyślę o tradycji polskiego street foodu… Fot. Kamil Zachert

Zapewne duże znaczenie ma też dobra jakość mięsa oraz innych składników, bez których nie da się przygotować szawarmy, takich jak np. pomidory, cebula czy zielona pietruszka. Wiadomo, że nie mogą to być importowane warzywa z supermarketu.

W ofercie restauracji Abu Haidar są również warte polecenia dodatki. Legendą obrósł świeżo wyciskany sok z mango, który jest perfekcyjnym dopełnieniem idealnego kebaba. W ogóle w menu jest dość sporo rzeczy zapowiadających się nieźle, ale przyznam się, że jeszcze wszystkiego nie próbowałem.

W tym miejscu aż się prosi, żeby wtrącić, iż egipskie ruszty, na pierwszy rzut oka takie same jak w naszych barach z kebabem, obracają zupełnie inne mięso niż ten chemiczny chłam, jakim truje się Polaków. W składzie egipskich kebabów nie ma bowiem niczego z długiej listy Mendelejewa tudzież odpadów „oddzielonych mechanicznie”.

Jak zamówić kebab w Abu Haidarze?

O wyjątkowości słynnej szawarmy z Heliopolis decydują jej intrygujące walory smakowe à la Abu Haidar. Po pierwszym zaskoczeniu nowymi doznaniami, których się nie spodziewałem, w bardzo krótkim czasie stałem się fanem tej restauracji. Zdarza się, że jadę tam na szawarmę nawet z innych dzielnic Kairu, co w 20-milionowej stolicy Egiptu jest naprawdę dużym wyzwaniem.

Na początku mojej przygody z Abu Haidarem dwukrotnie odbiłem się od kolejki, która wydawała mi się zbyt długa. Dlatego postanowiłem pójść tam w nocy. Ale wtedy kolejka była jeszcze dłuższa. A raczej dwie kolejki: jedna prowadząca do kasy, w której zamawia się i od razu płaci za kebab, a druga po odbiór.

Gwoli ścisłości ta druga kolejka to raczej wielka gromada ludzi bezładnie otaczających ruszty. Wyglądało to tak, jakby chcieli zdobyć przyczółek street foodu zmasowanym szturmem. Na szczęście każdy klient dostał przy kasie swój numerek. Wydawaniem kebabów zarządzał jeden z kucharzy, który właściwie nie robił nic innego poza ogarnianiem i koordynowaniem kolejki. Jego umiejętności wzbudziły mój podziw. Gość miał fenomenalną pamięć.

restauracja ze street foodem w Kairze
Dla lepszego efektu przesadziłem z tymi wiecznymi kolejkami. Raz udało mi się złapać moment, kiedy nie było żadnej kolejki. Fot. Kamil Zachert

Zrozumiałem, że nie ma sensu starać się utrafić na chwilę, kiedy będzie mniej ludzi. Bo może to nigdy nie nastąpić. Ustawiłem się w kolejce do kasy, zastanawiając się, co zamówić, aby od razu było dobre. Zauważyłem, że większość klientów wybiera kajzerki z szawarmą, nie ograniczając się przy tym do jednej czy dwóch, tylko biorąc od razu po cztery czy nawet więcej. Poszedłem tym samym tropem.

Podsłuchałem klienta przede mną, co i jak zamawia i powtórzyłem słowo w słowo, podmieniając tylko liczbę bułeczek. Nie wiedziałem z początku, jak się te bułeczki nazywają po arabsku, bo nigdy wcześniej ich nie zamawiałem, a zbyt ogólny sandawicz (czyli kanapka) mógłby równie dobrze poskutkować zamówieniem szawarmy w naleśniku syryjskim (suri), jak i w bułce francuskiej (faransawi). Okazało się, że na te kajzerki mówi się w Egipcie prawie tak samo jak u nas: kajzar 🙂

Zapłaciłem za cztery kajzerki, wziąłem numerek i dołączyłem do grupy oczekujących na odbiór. Najpierw jednak musiałem w ogóle zaistnieć w świadomości wodzireja wydającego kebaby. Egipskim zwyczajem przebiłem się łokciami na sam początek gromady i podobnie jak inni stojący na czele, wystawiłem łapę z numerkiem niemal pod sam nos kucharza, mając nadzieję, że zwróci na mnie uwagę.

Jednak sprawa wcale nie była prosta. Okazało się, że facet rzeczywiście zbiera numerki od klientów, ale w kolejności od najniższego do najwyższego. Miało to logiczne uzasadnienie, bo numerki niższe dostawali klienci, którzy dokonali zakupu kebaba wcześniej i byłoby nie fair, gdyby musieli czekać dłużej.

Trudność polegała na tym, że w dużym tłoku sporo ludzi z numerkami o niższych nominałach stało dalej, niż powinno. Dlatego kucharz musiał wykrzykiwać w kierunku tłumu numery i czekać, aż mu się je poda, aby mógł ułożyć je we właściwej sekwencji.

Najlepszy kebab w Egipcie
Tu odstawia się najprawdziwszą magię gastronomiczną. Przy tym ruszcie pokochałem egipski street food. Fot. Kamil Zachert

Biada temu, kto zareagował opieszale albo czegoś nie dosłyszał. Wtedy kucharz wściekał się na niego, że opóźnia kolejkę, łajał i strzelał z oczu piorunami. Ale tylko przez chwilę, bo zaraz potem już wykrzykiwał numer następnej „ofiary”. To wszystko było dość śmieszne i na pokaz, choć niektórzy naprawdę się tłumaczyli ze swojej „winy”. Nie chciałbym być w ich skórze.

Na szczęście liczebniki arabskie mam opanowane do perfekcji, a wskutek bezczelnego egipskiego zwyczaju pchania się wszędzie na pierwszego nie mam też kłopotów ze słyszeniem, kiedy ktoś coś do mnie mówi, bo zwykle jestem tak blisko, jak tylko się da. Oczywiście jak tylko się zorientowałem, że kucharz wywołuje mój numerek, natychmiast mu go wręczyłem. Teraz pozostało już tylko czekać na kebab.

Kebab również wydawano po numerze, czyli było dobrze go zapamiętać, choć w większości wypadków kucharz sam z siebie kojarzył, który numer przypisać do czyjej gęby. Rzecz jasna ze mną nie miał żadnego problemu, bo byłem jedynym hawagą (cudzoziemcem) w tłumie klientów.

Jak smakuje kebab w Abu Haidarze?

Czekając około 45 minut na swoją porcję kebaba, miałem czas, żeby przyjrzeć się, jak się go przygotowuje. Zaskoczyła mnie ogromna ilość pomidorów, która jest do tego celu wykorzystywana. Na oko jest ich na ruszcie mniej więcej tyle samo co mięsa. Pomidory są jednak w całości i ze skórką, a nie pokrojone, i leżą trochę z boku, nie miesza się ich z mięsem. Mają chyba dyskretnie dodawać swojego soku.

Kucharze nieustannie mieszają mięso skwierczące na rusztach. W którymś momencie podchodzi do nich pomocnik z dużą plastikową kadzią, z której czerpie tajemniczy gęsty sos i rozlewa go na gorących blatach. W tym momencie kucharze błyskawicznie mieszają mięso z tym sosem i nie przestają wywijać łopatkami, dopóki nie wchłonie się cały. Przynajmniej tak to wszystko wygląda z boku. Teraz wystarczy nadziewać bułeczki gotową szawarmą.

Najlepszy kebab w Kairze
Ten moment najtrudniej wytrzymać w spokoju. Głód się wzmaga, kiedy kucharz na twoich oczach nadziewa bułeczkę soczystą i pachnącą szawarmą. Fot. Kamil Zachert

Wielu Egipcjan zajada się street foodem na miejscu, siadając na krzesełkach przy barach, na murkach lub po prostu stojąc w grupie na ulicy. Walcząc z pokusą zagłębienia zębów w cudownie pachnącej kajzerce, postanowiłem zabrać ją do domu i dopiero tam zjeść. Obowiązkowo z dodatkami typu moje ulubione marynowane warzywa na ostro (turszi).

Pierwszy kęs bardzo mnie zaskoczył. Słyszałem, że Abu Haidar ma najlepszą szawarmę w Kairze, więc spodziewałem się szczególnych doznań smakowych, ale przecież nie takich. Mięso było kwaskowate. Aż mnie odrzuciło. Niemniej postanowiłem doprowadzić eksperyment do końca i stopniowo wgryzałem się dalej. Co gryz, to moje wrażenia były coraz lepsze.

Poza tą kwaskowatością to szawarma była przygotowana jak trzeba. Kawałki wołowiny nie były ani zbyt twarde, ani zbyt miękkie. Nie musiałem szarpać ich zębami, co akurat mi nie przeszkadza, ale komuś innemu być może by mogło. Przede wszystkim nie miałem wrażenia, że spożywam przetrawioną papkę dla niemowląt. Był to konkretny posiłek o bardzo wyrazistym smaku.

Egipska szawarma
Tak wygląda szawarma z restauracji Abu Haidar na Heliopolis w Kairze. Źle zrobisz, jeśli choć raz jej nie skosztujesz. Fot. Kamil Zachert

Zrozumiałem, dlaczego większość klientów restauracji Abu Haidar wybiera kajzerki, a nie na przykład chlebek syryjski czy równie popularne w Egipcie francuskie długie nadmuchiwane bułki. To pieczywo było mięciutkie i lekko słodkie. Nie wiem, jak to osiągnęli, ale w połączeniu z kwaskowatą szawarmą smak tego street foodu jest obłędny. Wszystko się uzupełnia i pasuje do siebie idealnie. To dzieło geniusza.

Czy egipski street food to jedzenie śmieciowe?

Nie śmiałbym nazwać egipskiego street foodu jedzeniem śmieciowym, bo to by znaczyło, że kilkusetletnią tradycję wspólnego pożywiania się ulicach w Egipcie, zrównuję z polskim badziewiem gastronomicznym będącym zwulgaryzowaną wariacją na temat kuchni tureckiej dla desperatów pozbawionych kubków smakowych.

Egipski street food to nie jest odpowiednik amerykańskiego McDonald’sa tudzież polskiej pierogarni. I to nawet jeśli obecnie do szawarmy dodaje się frytki i dmuchane bułki. Nie można stawiać znaku równości. U nas jedzenie nigdy nie stało się poważną częścią kultury, ale w Egipcie jak najbardziej.

Mapa Google z lokalizacją najlepszego kebaba
Wycinek z mapy Google’a z zaznaczoną niebieskim kołem lokalizacją restauracji Abu Haidar

Z całą pewnością w restauracji Abu Haidara zjesz tłusto, kalorycznie i węglowodanowo. Takie żarcie spożywane w nadmiernych ilościach może szybko wpędzić człowieka w nadwagę i otyłość. Wiem coś o tym, bo po każdej podróży do Egiptu mam do zrzucenia kilka zbędnych kilogramów.

Ale jeśli tylko potrafisz zachować umiar i zaglądasz w takie miejsca okazyjnie, to przy najbliższej okazji pędź w te pędy na Heliopolis i odrób swoje w długiej kolejce. Koniecznie bierz szawarmę w kajzerce, pudełko marynowanych warzyw (turszi) oraz świeżo wyciskany sok z mango. Nie pożałujesz.

author image

Autor: Kamil Zachert

Podróżnik, fotografik, członek polskiej misji archeologicznej w Deir el-Bahari w okolicy Luksoru, organizator indywidualnych historyczno-krajoznawczych wypraw do Egiptu adresowanych do ambitnych pasjonatów wiedzy i przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz inne artykuły

Egipt – tu wszystko się zaczyna!
Metropolitan Museum of Art
Ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu
Egipcjanin na feluce na Nilu
Allah nie powstrzyma islamistów
Egipski kicz w Luksorze

Zadecyduj, jakie treści będą się ukazywać na blogu o Egipcie!

Pomóż mi dostosować treści na moim blogu do Twoich potrzeb i zainteresowań i odpowiedz na 16 pytań w anonimowej ankiecie.
 
Chcę wypełnić ankietę
close-link
Pokaż link do ankiety