W Egipcie dostaję rumieńców i oczopląsu. Gdzie nie spojrzę, tam hidżaby na uroczych główkach albo nikaby, czarne jak noc i szczelnie zakrywające kobiece ciała. Pod tym ciemnym całunem może kryć się tajemnicza piękność z baśni tysiąca i jednej nocy.

A ty właśnie obok niej przechodzisz jakby nigdy nic. Czy ona też zwraca na ciebie uwagę?

Podobno burki zostały wymyślone dlatego, aby ustrzec kobiety przed pożądliwym wzrokiem mężczyzn. Czy wyjście na ulicę w średniowiecznym mieście arabskim musiało być dla nich aż tak ekstremalnym przeżyciem?

Ciekawe to czasy, w wielu dziwnych obyczajach nawiązujące do dżahilijji, czyli okresu jeszcze przed pojawieniem się islamu.

Tymczasem nic nie intryguje mężczyznę bardziej niż owoc zakazany.

Kobieta z odkrytą głową, a nawet w spódniczce mini może przemknąć niezauważona. To w naszej ojczyźnie widok tak częsty, że aż nudny. Nie po to robisz taki kawał drogi, świntuchu, żeby gapić się na to, czego u siebie masz w bród. Co innego taka skromna panna z chustą na głowie i w szykownej sukience naciągniętej na obcisłe dżinsy.

W jej ciemnych oczach (od początku skupiasz uwagę na jej niesamowitych oczach) można wyśnić sny sprzed wielu tysiącleci. Bo te oczy są po prostu wierną kopią scen namalowanych wewnątrz starożytnych grobowców w Tebach Zachodnich.

Niesamowicie mnie to kręci. Cóż na to poradzę?

Dziesięć lat temu przeżyłem w Tebach Zachodnich krótki „romans”.

Jechałem z grupą archeologów lokalnym środkiem lokomocji, tzw. tojutą (zdezelowany japoński pick-up z umocowaną za szoferką budą dla pasażerów) w towarzystwie dwóch miejscowych pań w hidżabach – jednej starszej, drugiej dużo młodszej oraz kilku panów w galabijach.

Już od początku jazdy zrobiło się bardzo wesoło, bo starsza pani zagadywała, panowie uśmiechali się pod wąsem, a ja odpowiadałem, na ile potrafiłem moją łamaną arabszczyzną.

W pewnej chwili milcząca dotąd dziewczyna zadała mi pytanie, jakie wiele razy pojawiało się w ustach także innych Egipcjanek, czy jestem muzułmaninem. Rozmowy toczyły się dalej wzbogacone o ukradkową wymianę spojrzeń.

Na następnym przystanku trzeba było wysiadać. Wygramoliłem się z pojazdu jako ostatni. I nagle, gdy już chciałem odchodzić, poczułem, że ktoś chwyta mnie mocno za rękę. To była ona – wiejska dziewczyna w hidżabie!

Nie wiedziałem, jak się zachować, więc po prostu ścisnąłem jej rękę mocniej, po czym uwolniłem się. Odjechała, patrząc na mnie. A ja przez dwa tygodnie chodziłem z głową w gwiazdach.

*  *  *

Druga dekada XXI wieku, a więc twarda, globalna rzeczywistość, kiedy bardziej liczy się przetrwanie niż jakieś tam sentymenty. Miasto Luksor. Spaceruję promenadą na wysokości Karnaku.

Tym razem śliczne malowidło ze starożytnego grobowca próbuje sprzedać mi butelkę wody mineralnej. Cena dużo za wysoka, więc wdzięcznie się targuję. Osiągnąwszy swoje, dorzucam drugie tyle w ramach bakszyszu, bo dziewczyna bardzo mi się podoba, i zamierzam odejść w swoją stronę…

Ale słyszę za plecami: poczekaj jeszcze!

Zaczynamy przyjemnie rozmawiać o życiu, o kwiatach, o jej urodzie, i takie tam, aż dochodzimy do sakramentalnego pytania o wyznanie.

Niestety, ale nie jestem muzułmaninem.
No, trudno… ale nie szkodzi. Skąd więc jesteś?
Z Bulandy („Bulanda” to po arabsku Polska).
A, Hulanda (Holandia), fajnie.
Nie, nie Hulanda, tylko Bu-lan-da.
Oj, no co ty…

No cóż, chyba w każdym kraju na świecie, nie wyłączając Egiptu, najwięcej męskiego uroku ma pękaty portfel. Ale i tak nikt mi nigdy nie wmówi, że nie da się poderwać Egipcjanki.

Zobacz inne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Send this to a friend