Krytyka nie zostawiła suchej nitki na filmie Wernera Herzoga „Królowa Pustyni”. Na Filmwebie tylko pięć gwiazdek na 10 możliwych. Czy średnia ocena filmu jest słuszna?

„Królowa Pustyni” miała polską premierę już w kwietniu, więc nie będę zanadto rozpisywał się o jej fabule, która powinna być dobrze znana. Zacznę od tego, co się krytykom w tym filmie nie spodobało. A tak się właśnie składa, że nie spodobało im się dokładnie to, za co ja „Królową pustyni” bardzo polubiłem.

Jest takie powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje.

Jednakże w krytyce filmowej chodzi nie tyle o gust, ile o kunszt reżyserski, atrakcyjność i spójność scenariusza oraz estetykę obrazu. Odniosłem wrażenie, że większość krytyków, ale oczywiście nie wszyscy, ma dziwne podejście do estetyki. Na przykład niektórzy narzekają na ZBYT ładnie (!) pokazane krajobrazy pustyni.

Czyli to, co dla mnie jest ogromnym atutem warsztatu Wernera Herzoga, akurat dla nich jest wadą…

Powiem zatem tak: nawet jeśliby „Królowa pustyni” ograniczyła się tylko do pejzaży, byłaby z tego powodu warta zobaczenia.

Na szczęście „Królowa pustyni” to nie tylko kolorowa pocztówka z Arabii. Mam pretensję do polskich krytyków, że z początku zniechęcili mnie do tego filmu, biadając, że to już nie ten Werner Herzog co dawniej. I dlatego film zobaczyłem długo po premierze.

Wyszczególnię jeszcze kilka rzeczy, które stanęły im ością w gardle: rzekoma nuda, bo niby za wiele dłużyzn (cóż, „Batman” to nie jest). Bo jest za dużo rozważań wokół rozterek sercowych bohaterki. Bo nieudolne połączenie kiczowatego romansu z marną komedią. I tak dalej w podobnym stylu.

A przecież „Królowa pustyni” miała być mrocznym dramatem, thrillerem szpiegowskim albo przynajmniej brutalną epopeją wojenną. To najpoważniejsze zarzuty, które postaram się krótko skontrować własną opinią o tym filmie.

„Królowa pustyni” to biografia podróżniczki i poszukiwaczki przygód z początku XX wieku – Gertrude Bell (w jej roli świetna Nicole Kidman). Działała samotnie na Bliskim Wschodzie jako archeolog, kartograf… i agent brytyjskiego wywiadu.

Znała się ze słynnym Lawrencem z Arabii (występuje Robert Pattinson) i ważnymi postaciami swoich czasów: arabskimi szejkami, emirami i królami. Bell wpłynęła na ustalenie granic państw arabskich po I wojnie światowej. Resztę doczytajcie choćby na Wikipedii.

Herzog przedstawia bohaterkę jako zagubioną pannę z tzw. dobrego domu, która jednak marzy o czymś więcej niż gorset i polowanie na męża. Za zgodą ojca wyjeżdża na Bliski Wschód i pod wpływem poznanego w brytyjskiej ambasadzie Hanry’ego Cadogana (kreacja Jamesa Franco) zmienia się w awanturnicę.

Właśnie początek „Królowej pustyni” wzbudzał we mnie najwięcej obaw. Wszelkie miłości na dużym ekranie potwornie mnie męczą i unikam takich filmów z premedytacją. Bałem się, że naprawdę zobaczę cukierkowe, a nawet kiczowate romansidło, jak orzekli znający się na rzeczy krytycy.

W dodatku ktoś jeszcze bystrzejszy zasugerował, że patetyczny (czyżby?) związek Gertrude i Hanry’ego to tylko niewinny żart ze strony reżysera. Po prostu ośmieszenie pewnej konwencji. Czyli wszystko niby w porządku, tylko że komedia nie wyszła. I to jeszcze bardziej mnie zniechęciło.

Dopiero później zdałem sobie sprawę, że takie posunięcie nie pasowałoby do osobowości samego Wernera Herzoga.

Jeżeli unikasz „Królowej pustyni” ze względu na negatywne recenzje, śmiało możecie uznać je za mocno przesadzone.

Po pierwsze film wcale nie jest aż tak nudny, bo inaczej nie wciągnąłby mnie. To, co niby takie kiczowate, czyli romans bohaterki z urzędnikiem ambasady, jest w istocie przedstawiony ze smakiem, tj. subtelnie i z wyczuciem. Do tego stopnia, że mam wrażenie… niedosytu. Ale w żadnym romans nie dominuje fabuły. Pojawia się tylko na samym początku, a następnie się w niej roztapia.

Osoba Hanry’ego w życiu Gertrude była tak znacząca, że nie da się przejść obojętnie obok ich związku. To właśnie Cadogan najbardziej przyczynił się do rozwinięcia się życiowych pasji przyszłej Królowej Pustyni.

Abstrahując od romansu, urzekł mnie sposób ukazania klasy uprzywilejowanej z początku wieku. Wygląda to na ekranie tak naturalnie, jakby nikt tam nie grał, a my po prostu zakradlibyśmy się i po cichu oglądali miniony świat zza kotary.

Herzog jak zwykle zadziałał w autorskim stylu. Zachował twórczą klasę, balansując pomiędzy zacięciem dokumentalisty etnografa, reportera i gawędziarza. Pokazał na szerokim (bardzo szerokim) ekranie to, co w bohaterze filmu jest naprawdę istotne, pominąwszy rzeczy zbędne lub te, których można się samemu domyślić.

„Królowa pustyni” wywołuje zaciekawienie, nostalgię i kłucie w sercu. Tempo narracji wyznacza rytm pustyni. Daje to bardzo przyjemny efekt spokoju i refleksji, którą uwypuklają dialogi prowadzone z arabskimi szejkami (zwróć na nie uwagę – to cały Herozg). Niektóre sceny wprost penetrują duszę, przynajmniej moją.

Od razu nasunęło mi się porównanie kunsztu Herzoga do mojego ulubionego dyrygenta Claudio Abbado (zmarł w 2014 r.). Symfonie pod batutą Abbado rozlewają się łagodną i szeroką frazą, są wyważone i równo poukładane, w przeciwieństwie do szaleństw celebryty von Karajana. I właśnie takie jest dzieło Herzoga.

Narracja filmowa prowadzona jest konsekwentnie i logicznie, bez dziur w scenariuszu.
Może po prostu nie dostrzegłem braków w tym zakresie, jeśli takowe w ogóle są, bo skupiłem się na całej reszcie, bardziej odczuwanej zmysłami niż rozumem. Uważny widz bowiem nie tylko zobaczy, ale również dużo usłyszy: szum wiatru, odgłosy żywej natury.

Powstał piękny film, do którego chętnie będę wracał, zwłaszcza kiedy ogarnie mnie nostalgia. I wtedy zapewne będę odkrywał go na nowo.

Polecam gorąco, ale jeśli „Królowa pustyni” komuś się nie spodoba, to niech powściągnie swoją urazę do mnie. Bo jasno mówię, czego się po tym filmie spodziewać. Malkontenci zawsze się znajdą i będą kręcić nosem.

Film Wernera Herzoga o Gertrude Bell to nie jakaś hollywódzka naparzanka dla gówniarzy, z rozbryzgami krwi na ekranie niczym na karcie komiksu, w multipleksie w centrum handlowym. Takim polecam również kolę i popcorn.

author image

Autor: Kamil Zachert

Podróżnik, fotografik, członek polskiej misji archeologicznej w Deir el-Bahari w okolicy Luksoru, organizator indywidualnych historyczno-krajoznawczych wypraw do Egiptu adresowanych do ambitnych pasjonatów wiedzy i przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz inne artykuły

Egipt leży z rozchylonymi nogami *
80 lat polskiej archeologii w Egipcie i Nubii oraz jubileusz polsko-egipskiej dyplomacji
Prom na Nilu w Luksorze
Allah nie powstrzyma islamistów
Jak się nosi egipską galabiję?
W Egipcie nie podajesz ręki biedakowi
Uwaga! Poznaj aktualną ofertę moich wypraw do Egiptu na 2022 rok:
dolina Nilu, Pustynia Zachodnia, rejs feluką po Nilu, wyprawy studyjne!
Zobacz szczegóły
close-image