Dzisiaj jest rocznica odkrycia przez Howarda Cartera nienaruszonego grobowca królewskiego w Dolinie Królów. W 1922 roku świat szybko obiegła informacja o bajecznych skarbach faraona Tutanchamona.

Odkryciem w Dolinie Królów od początku interesowała się światowa prasa. Imię „wskrzeszonego” młodego władcy z XVIII dynastii stało się odtąd na równi z Cheopsem, Ramzesem II, Hatszepsut czy Kleopatrą synonimem kultury starożytnego Egiptu.

Ale nawet renomowane tytuły, goniąc za sensacją, schodziły też do poziomu brukowców. Wtedy wymyślono tzw. klątwę Tutanchamona. Na baczność stanęli również egiptolodzy niezbyt przychylni Carterowi, który długo uchodził w tym środowisku za szczwanego dyletanta, człowieka upartego i konfliktowego.

Powód niechęci do odkrywcy był banalny i oklepany – ludzka zawiść. A także trochę wstydu, bo Carter udowodnił, że dyplomowani koledzy po fachu mylili się w sprawie Doliny Królów. Rzekomo miała być do cna wyczerpana pod względem archeologicznym.

Niektóre zarzuty przeciwników Cartera były dość poważne. Sugerowano, że wykradł część wyposażenia grobowca Tutanchamona. Czy rzeczywiście to zrobił?

Zachowanie naukowca sprzed prawie 100 lat może budzić kontrowersje. Bo Carter naprawdę wszedł do grobowca przed jego oficjalnym otwarciem. Nietrudno dziwić się jego emocjom. Jednak trzeba wiedzieć, że ówczesne standardy prowadzenia badań archeologicznych były ogólnie dalekie od zasad obowiązujących współcześnie. Mogły zdarzyć się gorsze rzeczy niż koncert przed premierą.

Teren wykopalisk był miejscem prawie publicznym. Carter był angielskim dżentelmenem i nie mógł wykręcić się od powinności towarzyskich. Toteż oprowadzał po stanowisku różnych utytułowanych gości i zaspokajał ich ciekawość. Niezliczone grupy turystów skutecznie dezorganizowały pracę archeologów.

Do szczególnych natrętów zaliczała się królowa Belgów, Elżbieta, która wkrótce po oficjalnym otwarciu komory grobowej w dniu 17 lutego 1923 roku zjawiała się na stanowisku aż czterokrotnie! Za każdym razem przerywano pracę i zajmowano się ważnym gościem i jego świtą.

Do tego dochodziły trudności ze strony egipskiej służby starożytności oraz wszechobecna biurokracja i niekompetencja we władzach wszystkich szczebli. Poniekąd znamy ten arabski bałagan do dzisiaj. Wszyscy czują się ważni i kompetentni, ale jak przychodzi podjąć decyzję, to kładą uszy po sobie i czekają na wytyczne z Kairu.

Każdy archeolog zadaje sobie pytanie: „kto może płacić za moje wykopaliska?”. W czasach Howarda Cartera wcale nie było lepiej. Pasje naukowe łączono z działalnością marketingową, która polegała na przekonywaniu do swoich idei bogatego sponsora.

Niestety nie istniała jeszcze oferta crowdfundingowa. Dlatego pożądanym mecenasem stawała się instytucja typu akademia bądź muzeum. Ale ta wysyłała do Egiptu swoich własnych ludzi i rzadko brała kogoś z zewnątrz.

Nadzieją dla licznych pionierów egiptologii stawał się zamożny amator marzący o tym, aby część zabytków trafiła do jego prywatnych zbiorów. Właśnie taki początek miały słynne dziewiętnastowieczne kolekcje Salta, Drovettiego czy polskiego hrabiego Tyszkiewicza.

Wróćmy do Cartera. Nie tak dawno wylali go z pracy w służbie starożytności, bo naraził się przełożonym jakąś awanturą w Sakkarze i za nic nie chciał przeprosić. Sprawa otarła się o międzynarodową dyplomację. Ale jeden z jego kumpli, Gaston Maspero, wstawił się za nim i komuś ważnemu go polecił.

Najbliższym współpracownikiem Cartera został przebywający w Egipcie w celach zdrowotnych George Edward Stanhope Molyneux Herbert, piąty lord Carnarvon. Był to człowiek bogaty, który posiadał też koncesję na wykopaliska w Egipcie. Nie miał jednak doświadczenia w archeologii. Interesował się głównie wyścigami samochodowymi.

Począwszy od 1909 r. Carter i jego nowy sponsor pracowali już razem. Lord jednak firmował swoim nazwiskiem wszystkie odkrycia. Taka sytuacja, dowodząca odwiecznej przewagi materii nad duchem, z pewnością nie była przyjemna dla Cartera. Ale nie ulega wątpliwości, że obaj panowie tworzyli dobrze zgrany duet.

Dzięki determinacji Cartera i cierpliwości lorda Carnarvona (zgodził się zapłacić po raz ostatni za wykopaliska w Dolinie Królów) w dniu 26 listopada 1922 r. stanęli obaj przed opieczętowanym wejściem do nietkniętego grobowca królewskiego z XVIII dynastii.

Właśnie w kontekście tak spektakularnego odkrycia przeszedł do historii słynny dialog, w rzeczywistości nigdy nieistniejący, który C. W. Ceram w swojej powieści o archeologii pt. Bogowie, groby i uczeni oddał następująco:

W pierwszej chwili Carter nic nie może rozpoznać. Potem jednak jego oczy przyzwyczajają się do chybotliwego światła. Dostrzega zrazu niewidoczne kontury, potem cienie pojedynczych przedmiotów, odróżnia kolory, widzi coraz wyraźniej, co zawiera komora za tymi drugimi, opieczętowanymi drzwiami. Nie wydaje z siebie żadnego okrzyku zachwytu. Milczy… Dla czekających przy nim osób chwile te wydają się wiecznością. W końcu Carnarvon nie mogąc dłużej znieść tej niepewności pyta: „Czy widzi pan coś?”.

Howard Carter odwraca się powoli. Wzruszony do głębi duszy odpowiada jakby urzeczony: „Tak jest. Widzę cudowne rzeczy”.

Na stronie The Griffith Institute można zobaczyć wystawę o odkryciu grobowca Tutanchamona składającą się z archiwalnych cyfrowo pokolorowanych zdjęć Harry’ego Burtona.

author image

Autor: Kamil Zachert

Podróżnik, fotografik, uczestnik polskiej misji archeologicznej w Deir el-Bahari w okolicy Luksoru, organizator indywidualnych historyczno-krajoznawczych wypraw do Egiptu adresowanych do ambitnych pasjonatów wiedzy i przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz inne artykuły

Fragment starożytnego egipskiego sarkofagu
Egipska restauracja
Medytujcie w Egipcie nad brzegami jezior!
Egipt leży z rozchylonymi nogami *
Jak się nosi egipską galabiję?
Muzeum National Geographic w Waszyngtonie

Zadecyduj, jakie treści będą się ukazywać na blogu o Egipcie!

Pomóż mi dostosować treści na moim blogu do Twoich potrzeb i zainteresowań i odpowiedz na 16 pytań w anonimowej ankiecie.
 
Chcę wypełnić ankietę
close-link
Pokaż link do ankiety