Mieć czy być? A może jedno wynika z drugiego? Może chodzi o sytuację, którą można określić charakterystycznym dla kapitalizmu konsumpcyjnego wyborem bez wyboru. Czyli jednak musisz mieć, bo jeśli nie, to inni ludzie nie dadzą ci nawet być.

Kto nie chce żyć oryginalnie? Kto nie wyobraża sobie, że żyje oryginalnie, przedkładając być nad mieć? Lubimy myśleć o sobie w taki sposób i szukamy potwierdzenia naszych pragnień u innych ludzi. Niestety okłamujemy samych siebie. W niczym się nie wyróżniamy. Wszyscy tańczymy jak nam zagrają. Nie wierzysz?

Spece od reklamy sprzedający nam nasze własne emocje, dziennikarze komentujący rzeczywistość na podstawie wikipedii czy całkiem bezwartościowi politycy, którym sami nadaliśmy pewną ważność itd. Dlatego zamiast myśleć samodzielnie, używamy dla orientacji w prostym acz pogmatwanym świecie innej części naszego ciała – portfela. Po prostu dlatego, że tylko do niego mamy bezpośredni dostęp.

Konsumpcja zwalnia z myślenia, rozgrzesza z niecnych uczynków, oddala wyrzuty sumienia i łagodzi poczucie beznadziei.

Jest nagrodą za codzienne ćwiczenie się w marności: dla szemranego biznesmena, dla skorumpowanego urzędnika, dla zestresowanego sprzedawcy, dla przemęczonego robotnika, a w końcu jest zbawieniem dla przysłowiowej blondynki, która konsumując ile wlezie ciuchów, kosmetyków i solarium, święcie wierzy w to, że jest kimś więcej.

Wystarczy coś kupić, aby poczuć się przez chwilę całkiem dobrze. Nowy ciuch (w wersji egipskiej wystrzałowy hidżab) nadaje sens życiu pozbawionemu lepszych znaków nawigacyjnych.
Egipcjan również dopadło szaleństwo konsumpcji. Mogę tylko żałować, że nie mam 100 lat i nie dane mi było na bieżąco obserwować zmian w ich mentalności pod wpływem zachodniej kultury masowej. Mogę jedynie odnotować namacalne tego skutki, korzystając z obrazów wyrwanych z tradycyjnego kontekstu.

Po pewnym czasie formy konsumpcji nabierają lokalnego charakteru.

Najpierw znika tradycyjne rzemiosło, na bazarach – coraz bardziej kiczowatych – pojawiają się wyroby masowe naśladujące stare arcydzieła (np. metalowe dzbanki podobno z początku XIX w.). W Egipcie jednak króluje najgorsza chińszczyzna. 99 procent pamiątek nabywanych przez turystów to tandetna mejdinczajna.

Wiemy, że biznes rządzi się prawami ekonomii – popytu, podaży, i bilansem zysków i strat. Import chińskiego badziewia jest efektem gospodarki zglobalizowanej, tajemniczej sieci powiązań biznesowych, które trudno zrozumieć człowiekowi nieinteresującemu się tymi sprawami. Pewne procesy zachodzą jednak nie tyle w gospodarce, ile w samych Egipcjanach. Mam na myśli nowy system wartości, który przyjął się wśród młodych ludzi, coraz bardziej upodabniających się do europejskich i amerykańskich rówieśników.

Jeśli marzenia dwudziestoletnich Egipcjan nałożyć na tradycyjne wzory patriarchalnej i hierarchicznej kultury muzułmańskiej, powstaje mieszanka wybuchowa.

Taki stres może złagodzić tylko wielki ajfon, kolczyk w pępku, perwersyjna bielizna pod abają (a może nawet zakazany w islamie tatuaż?). Albo w wypadku chłopców szybki motocykl, przygodny romans z turystką (okazja do zarobienia kilkuset dolarów i zdobycia wizy lub przynajmniej sprawdzenia się jako mężczyzna) i marzenia o własnym biznesie.

Jak by nie patrzeć, wyłania się obraz banalny i przewidywalny podobnie jak w Ameryce, w Europie, w Polsce… Wybór bez wyboru, rzekomo świadome decyzje inspirowane reklamami w TV i podwórkową rywalizacją na zachodnie gadżety, dążenie wszystkich do dokładnie tego samego. Nikt nie zadaje sobie pytania, co zamiast konsumpcji, tylko jak zwiększyć konsumpcję do poziomu przeżarcia.

W egipskich domach, podobnie jak w polskich, bardzo rzadko zobaczysz książki lub płyty z dobrą muzyką. Za to zawsze będzie w nich włączony telewizor nastawiony na jakiś idiotyczny program.

Podsłuchując egipskie rozmowy, bardzo rzadko usłyszysz o rzeczach wielkich, dużo częściej będą to rozmowy, podobnie jak w Polsce, błahe i pozbawione głębi, ot takie dylematy konsumentów, ofiar spauperyzowanych idei i skomercjalizowanych marzeń. O pieniądzach, o chorobach, o przyszłości, która nigdy nie nadejdzie.

Od dawna prześladuje mnie myśl, że w świecie płynnej rzeczywistości, mówiąc językiem filozofa i socjologa Zygmunta Baumana, jedyny port, do którego można dopłynąć, to tylko półka w supermarkecie z batonikami Mars i Sneakers. W Egipcie one też są.

Zobacz inne artykuły

Egipt – tu wszystko się zaczyna!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Send this to a friend