Lubię fotografować krajobrazy Egiptu. To moje ulubione zajęcie oprócz grzebania w piachu. Przemierzyłem tysiące kilometrów w poszukiwaniu idealnych kadrów. Ale najpiękniejsze krajobrazy Egiptu znalazłem w Tebach Zachodnich.

Nic dziwnego, że nigdzie nie udało mi się wypatrzyć piękniejszych scenerii. Tę część Egiptu po prostu znam najlepiej. Spędziłem i nadal spędzam w Tebach Zachodnich, czyli jakby ktoś nie orientował się, gdzie to jest – na drugim brzegu Luksoru, tam, gdzie znajduje się m.in. Deir el-Bahari oraz Dolina Królów, spory kawał życia.

Na początku nie robiłem żadnych zdjęć, bo nie miałem czym. Na drugim wyjeździe miałem już cyfrową małpkę, która choć nie pozwalała na zbyt wiele, to uwieczniła niektóre szczęśliwe chwile, gdy buszowałem po starożytnych grobowcach i wtykałem w nos w każdy zakamarek.

Dopiero w 2009 roku, kiedy kupiłem porządną lustrzankę i parę obiektywów, na dobre zająłem się fotografią. Wreszcie mogłem porwać się na tematykę, która do tej pory była poza moim zasięgiem. Co też czynię do dziś w przekonaniu, że fotografia nigdy mi się nie znudzi. W Egipcie to raczej niemożliwe.

Ciągle chodzę w te same miejsca, żeby za każdym razem przyjrzeć się światu z innej perspektywy. Często ustawienie statywu o kilka metrów dalej powoduje całkowitą zmianę kadru – wyeksponowanie na pierwszym planie nowego obiektu lub wyrzucenie go ze zdjęcia, jeśli zakłóca harmonię kształtów.

Tebańskie wzgórza żyją. To oczywiście mój sentymentalny żart, ale tylko w połowie. Raz przebyta ścieżka, gdy wkroczę na nią później, okazuje się prowadzić gdzieś dalej, niż się spodziewałem. Trzeba dużej odwagi, żeby zapuścić się na niezbadany teren. Przyznam, że czasem wolę mieć towarzystwo, niż iść zupełnie sam.

Każdy kolejny metr prowadzi mnie do celu. Nie wiem, dokąd idę, ale wiem po co. Poluję na coraz lepsze widoki. Liczy się również pora dnia, układ chmur, a nawet dochodzące z daleka dźwięki. Wszystko, co mnie otacza, staje się ważne i jakby z góry przewidziane. Ja również staję się istotną częścią krajobrazu.

Inaczej chodzi się po tebańskich górach, gdy słyszy się w dole wrzaski turystów i warkot motocykli, a inaczej, gdy wokół zalega martwa cisza. To dobra chwila na odpoczynek, na schronienie się w skąpym cieniu jakiejś skałki, w szczelinie pod klifem. Wszystko jedno, byle trochę posiedzieć i napić się wody.

Są w Tebach Zachodnich takie miejsca, w których czas zatrzymuje się, a przestrzeń wydaje się kurczyć do rozmiarów twojego ciała. Bo tak naprawdę nie ma tam nic, oprócz ciebie. To znaczy nic żywego. Ani drugiego człowieka, ani ptaka, ani owada. Nie da się odróżnić ciszy od szmeru, bo brakuje punktu odniesienia. Twój głos jest nierzeczywisty.

Na wezwanie odpowiada tylko echo. Ale czy na pewno odpowiada? Może to klify próbują same coś powiedzieć, a tobie tylko wydaje się, że odezwałeś się pierwszy. Miewam tam doznania metafizyczne. Próbuję wejść w rolę starożytnego Egipcjanina, wyobrazić sobie, jak myślał i co czuł, będąc tym, kim ja jestem.

Lubię odwieczny spokój tebański i refleksję ograniczoną do świadomość, że żyję, bo po prostu żyję i nic więcej mi nie trzeba. Że podobnie jak pokolenia za mną, obrócę się w proch, który może kiedyś będzie deptać inny człowiek.

Zobacz inne artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Send this to a friend