Wyprawa do Luksoru to podróż wehikułem czasu, a nie zwykła wycieczka turystyczna. Kiedy wysiadasz na stacji kolejowej, przenosisz się do zupełnie innego świata.

Jakby czas cofnął się tu przynajmniej o jakieś 100 lat. Im jesteś bliżej gór znajdujących się po zachodniej stronie Nilu, tym bardziej odległa przeszłość wzywa cię po imieniu…

Dziwne wrażenie powrotu w to samo miejsce towarzyszy wielu podróżującym do Luksoru. I nie ma znaczenia, że docierają tutaj po raz pierwszy. Wszystkim wydaje się, że już kiedyś tutaj byli i być może chodzili po tym samych piaskach co starożytni Egipcjanie, oddychali tym samym powietrzem i oglądali te same zachody słońca nad Nilem. Kiedyś w poprzednim życiu.

Ta różnica między Kairem a Luksorem widoczna jest od razu. Nie chodzi tylko o klimat, który na północy kraju bywa dużo bardziej kapryśny niż na południu. Piramidy w Gizie nierzadko spowite są smogową mgiełką, a ołowiane niebo nad nimi wygląda tak smutno, jakby miało za chwilę rozpłakać się deszczem. Giza wydaje się ulegać presji czasów i przegrywać ze współczesnością, staje się coraz bardziej pustynną fatamorganą.

Metropolia o gargantuicznym apetycie podchodzi pod sam płaskowyż, na którym stoją piramidy i stopniowo pożera pustynię. Powstają coraz to nowe hotele, sklepy, bloki mieszkalne. Tylko czekać, aż całkowicie zasłonią jedne z największych cudów świata. Nie da się uciec od zgiełku miasta, w nozdrzach przez cały czas czuć jego oddech ciężki od spalin milionów pojazdów. Zwiedzanie Kairu może przyprawić o ból głowy.

Luksor na zgiełk świata

W Luksorze panuje odwieczny spokój. Cisza tysiącleci przecina płaty krystalicznie czystego powietrza. Można ją usłyszeć, możną ją dotknąć wszystkimi zmysłami. Większa część ruchliwego miasta rozrasta się w kierunku południowym, daleko od starożytnych ruin i przede wszystkim daleko od drugiej strony Nilu, gdzie są Teby Zachodnie. Dlatego ma się wrażenie, jakby przyjechało się na wieś, gdzie można naprawdę wypocząć i nabrać dystansu do świata.

Czas płynie tutaj tak jak chce, nigdzie się nie spiesząc. Mężczyźni chodzą w tradycyjnych galabijach, tak rzadko widzianych w Kairze czy w Aleksandrii. Z ulicznych jadłodajni dochodzą zapachy smażonej ta’amiji, która jest lokalnym przysmakiem serwowanym po prostu z chlebem i frytkami. Wody Nilu przemieszczają się leniwie z dalekiego południa na jeszcze dalszą północ, a słodka herbata z miętą smakuje wybornie, kiedy człowiek ma dużo czasu dla siebie.

Sztuka zwiedzania Teb Zachodnich polega na przemieszczaniu się od zabytku do zabytku… na piechotę. Nie autobusem czy taksówką, tylko na własnych nogach. Jak starożytni Egipcjanie, kiedy wybierali się na zachodni brzeg z okazji dorocznych świąt, takich jak Piękne Święto Doliny celebrowane w świątyni królowej Hatszepsut.

Ta starożytna budowla została zrekonstruowana przez naszych rodaków. Na kamiennej rampie, po której turyści wchodzą do wnętrza świątyni, wisi upamiętniająca nas tablica. To nie jedyne polskie ślady w malowniczej i wciąż kryjącej liczne tajemnice dolinie Deir el-Bahari.

Ambitny turysta na trasie swojej pieszej wędrówki nie może pominąć spektakularnej świątyni w Medinet Habu. Stamtąd szybkim marszem dotrze do zagubionej pośród wzgórz miejscowości Deir el-Medina, gdzie zobaczy grobowce z przepięknymi malowidłami wykonanymi przez największych starożytnych mistrzów. W dalszą drogę wyruszy przez pustkowia nekropolii Szejk Abd el-Gurna – miejsce pochówku wezyrów z czasów egipskiego imperium.

Ale zanim wędrowiec dotrze do Deir el-Bahari, ostatniego przystanku przed Doliną Królów, zatrzyma się jeszcze w ruinach Ramesseum. Rzadko kto tam zagląda, a szkoda. To jedno z niewielu miejsc w Tebach Zachodnich, gdzie wśród ścian i kolumn zawsze hula wiatr i gdzie można trochę pobyć w samotności. Na kamiennych murach liczne graffiti odwiedzających tę świątynię ludzi. Piesza trasa do Ramesseum to dobra zaprawa przed wizytą w Dolinie Królów.

Tam wiecznie rozpalone słońce rzuca wyzwanie jasnej cerze europejskich turystów. Nie bez powodu Dolinę Królów w żargonie pracujących tam archeologów nazywa się patelnią. Krawędziami tej „patelni” są wejścia do starożytnych grobowców, prezentujących się na okolicznych wzgórzach niczym mieszkania jakichś gigantycznych kretów. Natomiast jej „uchwyt” to współczesna droga dojazdowa prowadząca do samego serca doliny.

Kiedy przed prawie trzema i pół tysiącami lat odbywał się pogrzeb faraona Tutanchamona, nie było do Doliny Królów aż tak wygodnego dojścia. Procesja starożytnych kapłanów i tragarzy ciągnących królewski sarkofag i niosących dary grobowe przedzierała się przez labirynt niebezpiecznych szlaków dobrze ukrytych pośród skał i na wieki zakazanych dla profanów.

Zamiast po gładkim i twardym asfalcie, który jakoś nie chce topić się w najgorętszym słońcu, ludzie dreptali w słabych trzcinowych sandałach po terenie nierównym, piaszczystym i zawalonym okruchami skał ostrych jak brzytwa. Można wyobrazić sobie ich trudną wędrówkę, kontemplując pustynne pobocza podczas jazdy samochodem.

Wejście do Doliny Królów jeszcze 100 lat temu było dość niepozorne. Dopiero później zostało poszerzone na potrzeby zwiększonego ruchu turystycznego, kiedy upowszechniły się autokary. Ale jeszcze w czasach Howarda Cartera, słynnego odkrywcy grobowca Tutanchamona, wszystko wyglądało tak samo, jak przed tysiącami lat.

Wtedy doszło do kolejnej lokalnej klęski żywiołowej, jaka zdarzała się w Tebach Zachodnich w różnych okresach historii. Wezbrane wody deszczowe wydostały się przez wąskie szczeliny Doliny Królów i płynąc pod ogromnym ciśnieniem, tak że mogły unosić nawet spore głazy, doszczętnie zniszczyły starożytne grobowce znajdujące się na skraju nekropolii zwanej Dra Abu el-Naga.

Po ostatnim takim nieszczęściu leżąca nieopodal świątynia Setiego I została zasypana błotem i rumoszem skalnym aż po architrawy. Za zły stan zachowania niektórych zabytków na terenie Teb Zachodnich odpowiadają nie tylko wandale z przeszłości, ale i zwyczajne siły natury w postaci burz piaskowych, powodzi i trzęsień ziemi.

Naprzeciwko po drugiej stronie Nilu, gdzie obecnie znajduje się turystyczne miasto Luksor, stoi świątynia w Karnaku. Po dziś dzień jest ona największym starożytnym sanktuarium na świecie i najważniejszą atrakcją wschodniego brzegu. Nie omija jej żadna wycieczka, a miejscem najbardziej szczególnym jest tzw. Wielka Sala Hypostylowa o liczbie 134 potężnych kolumn papirusowych, z których największe są grubsze od baobabów.

Ale turyści tłoczą się głównie przy kamiennym postumencie z rzeźbą skarabeusza, aby obejść go parokrotnie dookoła. Wierzą, że w magiczny sposób zapewniają sobie powrót do Egiptu. Gdyby znali prawdziwą genezę tego zwyczaju, być może woleliby tego nie robić. Bo według starodawnych wierzeń okrążanie skarabeusza zapewniało… zajście w ciążę!

Żuk symbolizował w starożytnym Egipcie nowe życie, zmartwychwstanie i oczyszczenie. I być może nadal coś w tym jest. Wielu turystów opowiada, że po pobycie w Tebach Zachodnich czują się tak, jakby narodzili się na nowo.

* * *

Artykuł ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Osobowości i Sukcesy” nr I/2022 (ss. 92–94).

Postawisz mi kawę?

Stawiając mi kawę, doceniasz moją wiedzę i doświadczenie, którymi dzielę się z Tobą gratis za pośrednictwem mojej strony internetowej i mediów społecznościowych oraz wspierasz rozwój moich przedsięwzięć w Egipcie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to