Dlaczego nie jesteś tylko swoim zawodem?

Kamil Zachert, kawiarnia Abdel Rassulów w Gurna koło Luksoru

Czy każdy musi żyć swoją rolą aż 24 godziny na dobę? O lęku przed szufladkowaniem i prawie do bycia kimś absolutnie wolnym, czyli po prostu pięknie równoległym.

Wieczorne, niespieszne rozmowy mają to do siebie, że potrafią zostawić w głowie potężny rezonans. Wczorajsza, głęboko refleksyjna dyskusja o tożsamości i motywacji przypomniała mi o myśli, która krąży za mną od dawna. Dotyczy ona ról, które z pełnym zaangażowaniem przyjmujemy w życiu – lub tych, w które bezwzględnie wpychają nas społeczne okoliczności. Często oddajemy im tyle czasu, że niepostrzeżenie stają się naszą jedyną tożsamością.

Mamy bowiem jako ludzie naturalną, wręcz biologiczną skłonność do zamykania siebie i innych w bezpiecznych, łatwo mierzalnych ramkach. Kiedy spotykamy kogoś po raz pierwszy, natychmiast próbujemy dowiedzieć się, w jaki schemat go wcisnąć. Biada temu, kto w te ramy się nie wpasuje – otoczenie szybko uzna go za nieautentycznego, rozproszonego lub, w najlepszym wypadku, mniej kompetentnego. Dlatego „pana egiptologa” postrzegamy chętniej jako specjalistę żyjącego swoim zawodem przez 24 godziny na dobę, niż jako zwykłego faceta, który po pracy lubi zjeść placki po zbójnicku i zaczytuje się w literaturze przygodowej.

Przedstawianie siebie poprzez jedną, wyrazistą funkcję daje złudne poczucie bezpieczeństwa i zwalnia z potrzeby głębszego „filozofowania”. Chcemy być boleśnie koherentni wobec modeli, które bezdyskusyjnie uznajemy i sami sobie narzucamy. Racjonalizujemy wyłącznie te działania i postawy, które uwypuklają nasze zawodowe korzyści, a inne aspekty własnej osobowości traktujemy jak mało istotny dodatek. Zapominamy jednak o fundamentalnej prawdzie: nie jesteśmy tym, czym zajmujemy się zawodowo, ani tytułem, jaki nadali nam inni. Artysta, choćby odtwarzał na scenie kilka ról naraz, nie staje się żadną z nich nad talerzem wspomnianych placków.

Czas dać upust swojemu autentycznemu „ja”, jakiekolwiek by ono nie było w danej chwili. Nie musimy wyraźnie określać swoich granic ani możliwości. Nie mamy na czole wypalonego piętna ani łańcuchów na rękach, które utrwalają nas w jednym określonym wyborze i w jednym momencie naszej historii. Co więcej – możemy coś lubić lub czegoś nie lubić i nie ma w tym żadnej zdrady wizerunku ani niestałości.

Weźmy mój przykład. Uwielbiam grzebać w piachu w poszukiwaniu starożytnych skarbów i z pasją organizować wyprawy do Egiptu. Ale to nie znaczy, że jestem robotem zaprogramowanym na ciągłe wykonywanie tych samych działań i przeżywanie identycznych emocji. W tym samym czasie mogę odczuwać potężne znudzenie własną ścieżką zawodową, frustrację z powodu braku natychmiastowych efektów czy przemożną chęć, by odciąć się od wszystkiego i w ciszy napisać książkę – ale zupełnie nie o Egipcie! Mogę wsiąść na rower i pojechać oglądać fiordy oraz góry lodowe, albo po prostu leżeć nad wodą z beletrystyką w ręku. W tym wszystkim to nadal będę ja – nie chaotyczny, ale pięknie równoległy. Nie ma większej wolności niż podążanie za wszystkimi opcjami.

Większość ekspertów od samorozwoju powie Ci, żebyś w amerykańskim stylu skupił się na jednej ścieżce, bo tylko dając z siebie wszystko, osiągniesz sukces. Ja natomiast zapytam o samą istotę tego sukcesu. Czy jest nim poklask anonimowych tłumów, czy pełna lodówka? Ostatecznie, ile obiadów naraz jesteś w stanie pomieścić w żołądku? Prawdziwy sukces to raczej zgoda – udzielona samemu sobie wbrew modom – na pociągnięcie trochę za każdą nić wystającą z mojego kłębka, a niekoniecznie na rozplątywanie go do samego końca.

Postawisz mi kawę?

Stawiając mi kawę, doceniasz moją wiedzę i doświadczenie, którymi dzielę się z Tobą gratis za pośrednictwem mojej strony internetowej i mediów społecznościowych oraz wspierasz rozwój moich przedsięwzięć w Egipcie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Napisz komentarz