Egipt za 3000 złotych, czyli zderzenie Janusza z bakszyszem

Popularne portale podróżnicze znowu rozpoczęły swój coroczny rytuał pastwienia się nad Egiptem. Sezon urlopowy za pasem, więc temat grzeje się do czerwoności.
Ponieważ tego typu teksty są zazwyczaj sztampowe i potwornie wtórne, przed lekturą zaopatrzyłem się w popcorn, a w tle puściłem kojącą muzykę Abdela Halima Hafeza.
Prawdę mówiąc, uwielbiam te historie. Czytam je czysto rozrywkowo. To fascynujące opowieści o turystach, którzy jadą do nadmorskiego kurortu typu Hurghada i na własne życzenie dają się bezlitośnie punktować egipskim naciągaczom.
Polscy wczasowicze kreślą w swoich listach dramatyczne jeremiady: że w Egipcie to sami oszuści, a człowiek traktowany jest jak żywy bankomat. Chciałoby się im głośno powiedzieć: witamy w realnym świecie! Branża masowej turystyki to twardy biznes, który na całym globie polega dokładnie na tym samym – na wyciąganiu pieniędzy.
Zresztą, o jakie kwoty zwykle toczy się ta wojna? Dolar tu, pięć dolarów tam jako napiwek. Naprawdę o to robicie tyle szumu? Czy to kwestia legendarnego węża w kieszeni, czy może „zasad”, których kryteriów i tak nikt nie potrafi racjonalnie wyjaśnić?
Psychologia rozkapryszonego dziecka
W tych wszystkich strasznych historiach zawiedzionych urlopowiczów uderza mnie tylko jedno. Problem nie leży w Egipcie, ale w psychice samych turystów. Ich różowa wizja idealnych wakacji zderza się z brutalnym, bliskowschodnim murem.
W postawie wielu Polaków widać dziecięcą naiwność, roszczeniowość i – przede wszystkim – głęboką ignorancję. Tylko człowiek skrajnie niedojrzały dąsa się i tupie nogą jak rozkapryszony bachor, gdy coś idzie nie po jego myśli, zamiast po prostu dostosować się do panujących reguł gry.
„Nigdy tam nie wrócę, nie podobało mi się, to nie tak miało być!” – krzyczą teksty na portalach.
Wypoczynek nad Morzem Czerwonym jest stosunkowo tani, a sam kraj leży blisko Europy. To buduje złudne przeświadczenie, że standardy obsługi będą tam identyczne jak w pensjonacie w Krynicy Morskiej czy hotelu w Hiszpanii. Otóż nie będą. Egipt to diametralnie inna kultura, odmienne obyczaje i zupełnie inna mentalność. Trzeba wiedzieć, dokąd się jedzie, nawet jeśli całe to „doświadczanie Egiptu” ma się ograniczyć do moczenia tyłka w gorącej zupie Morza Czerwonego w obrębie hotelowego resortu.
Niestety, przez masowość tego kierunku Egipt został w oczach opinii publicznej spauperyzowany. Stał się synonimem taniochy i tandety, przez co doświadczeni, zamożniejsi i bardziej wymagający podróżnicy zaczęli go omijać szerokim łukiem. Dla wielu Polaków lądujących w Hurghadzie to pierwszy w życiu kontakt z jakąkolwiek „egzotyką”. I to właśnie ten brak obycia w świecie tłumaczy, dlaczego kompletnie nie rozumieją miejsca, w którym się znaleźli.
Masowa iluzja i kultura bakszyszu
Turystyka masowa została zaprojektowana jako bezpieczna, plastikowa bańka. Ma odizolować klienta od realiów danego kraju, dać mu złudzenie luksusu i odciąć od prawdy o lokalnym życiu. Jeśli chcesz poznać prawdziwy Egipt, musisz wyjechać daleko poza kurorty. Jeśli wolisz bezpiecznie leżeć na leżaku, to proszę bardzo. Tylko nie wmawiaj potem nikomu, że byłeś w Egipcie. Byłeś w hotelu.
Dokądkolwiek udajemy się za granicę, jesteśmy ambasadorami własnego kraju. Niestety, jak nas widzą, tak nas piszą. Przez lata mojego uczestnictwa w archeologicznej misji na pustyni widziałem na własne oczy, jak egipscy robotnicy potrafią ciężko pracować. W warunkach, w których przeciętny Europejczyk nie ruszyłby palcem w bucie, oni dawali z siebie wszystko. Mam gigantyczny szacunek do pracy, jaką wykonują ci ludzie również przy obsłudze wiecznie niezadowolonych wczasowiczów. Gdy jestem w Egipcie, nigdy nie żałuję napiwków ludziom uczciwej pracy.
Egipcjanie mają swoją specyfikę, która odróżnia ich od innych narodów arabskich. Ich kompletny brak dystansu i nonszalanckie podejście do klienta trzeba po prostu zaakceptować. W kurortach i innych miejscach turystycznych działa specyficzna mikro-socjologia – subkultura wymuszanego bakszyszu, którą turyści sami współtworzą. I nie chodzi o to, że dają za dużo. Chodzi o to, że wybierając najtańsze oferty, nie pozwalają lokalnym ludziom zarobić w cywilizowany sposób.
Brutalna prawda o All Inclusive za 3000 zł
Przeciętny Janusz urlopu nie rozumie jednej, fundamentalnej rzeczy: cena wycieczki, nawet z dumnym dopiskiem all inclusive, to zaledwie koszt biletu wstępu do gry. To egzystencjalne minimum, które gwarantuje ci dach nad głową i paszę w hotelowym bufecie, ale nie zapewnia luksusu.
Prawda jest brutalna: o jakości Twojej rozrywki i standardzie obsługi decyduje wyłącznie to, ile jesteś gotów dopłacić na miejscu.
Prawdziwie luksusowy wypoczynek w Egipcie, z wysokiej jakości obsługą, kosztuje konkretne pieniądze. I nie zapewni go żadna masowa oferta z biura podróży w promocyjnej cenie 3000 złotych. Czas dorosnąć i zacząć płacić za swoje oczekiwania albo przestać wylewać żale w internetowych listach do redakcji.







