Gdy planeta płonie zbyt słabo…

Planeta płonie słabo i nieskutecznie, więc zamiast sadzić w ogrodzie pomarańcze, z dużym wytęsknieniem spoglądam przez okno w kierunku cieplejszego południa.

I tak sobie myślę: jak często trzeba wyjeżdżać do Egiptu, aby w końcu się to znudziło?

Szczerze mówiąc, będąc w Egipcie dziarsko i intensywnie, często odczuwam zmęczenie, a nawet pewne zniechęcenie trwaniem w pełnym zanurzeniu w kulturze, która zawsze będzie mentalnie obca, choćby nie wiem co się robiło. Nazywam to przeciążeniem. Dopada mnie ono raz po raz.

Bywa, że między jedną a drugą wyprawą, kiedy jestem w Egipcie całkiem sam, zaszywam się na jakiejś spokojnej kwaterze na zachodnim brzegu Luksoru i niechętnie wyściubiam nos na zewnątrz. Ograniczam się tylko do wyjścia na posiłek. Resztę czasu spędzam albo w łóżku, albo na tarasie z kubkiem kawy, względnie przysiadam w najbliższej knajpce i gapię się godzinami na Nil. Rzadko zapuszczam się dalej, głębiej w pustkowia, w zamglone nic.

Dziesiątki razy obiecywałem sobie, że wykorzystam wolny czas na eksplorację miejsc nieznanych, ale bardziej cenię bycie sam na sam ze sobą niż interakcje ze światem zewnętrznym, choćby była to cicha i niewinna połać piachu. Moja introwertyczna strona nieustannie rości sobie do mnie prawa, krzyczy o złożenie jej ofiary z mojej aktywności i ciekawości, która daje mi siłę i opór przed kompletnym brakiem działania. Walczę z nią jak potrafię, ale coraz częściej poddaję się jej z wyraźną ulgą.

Chcę, choć wcale nie muszę. Ta postawa trochę mnie spowalnia i z drugiej strony trochę pieści moje ego. Najczęściej stanowi poważną przeszkodę. Jednakże czy nie należy mi się chwila odpoczynku po tygodniach wzmożonej uwagi i rzetelnej pracy wszystkich zmysłów?

Czasem wydaje mi się, że odruchowo, na zasadzie wgranego skryptu poznawczego, chciałbym karać siebie za godziny spędzane na „nic nierobieniu”. Przecież trzeba ruszyć się z czterech liter, gnać, warczeć, szarpać, kręcić się wokół własnej osi, byle tylko nie oskarżać samego siebie o „lenistwo”.

Ale… gdzieś za tym wszystkim, co narzucone, co przytłaczające poprzez stałą presję i oskarżycielskie, kiedy nie wychodzi, pojawia się troska o własny dobrostan fizyczny i duchowy. I wtedy patrzę na pędzących donikąd ludzi z troską i zrozumieniem. Wiem, dlaczego tak pędzą – wiem, dokąd gnają, lecz wiem też, czego oni nie wiedzą – na końcu drogi bez końca nie znajdzie się nic, oprócz wypalenia i poczucia bezsensu.

To zawsze jest kres – przebranżowienie, depresja, „rzucę wszystko i wyjadę w Bieszczady”, nic mi się nie chce i tak dalej. Chyba że przerwie się ów szaleńczy bieg w porę i pogodzi z byciem nikim. Mam na myśli stanie się bezpodmiotowym – ideał wszelkich sufich, mistyków, eremitów i filozofów. Zakorzenienie w wolnym umyśle, a nie w określonym miejscu.

Czy ktoś to w ogóle potrafi?

Postawisz mi kawę?

Stawiając mi kawę, doceniasz moją wiedzę i doświadczenie, którymi dzielę się z Tobą gratis za pośrednictwem mojej strony internetowej i mediów społecznościowych oraz wspierasz rozwój moich przedsięwzięć w Egipcie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to