O trwałości w nietrwałości, czyli tylko pozornie o Księżycu i samochodach

Księżyc w Egipcie

Gdybyśmy tak nie gonili za ideałem, tylko zadowalali się tym, co wystarczające, zdjęlibyśmy z barków ogromny ciężar i oszczędzili sobie codziennych frustracji.

Pewnego upalnego dnia mój przyjaciel Mohamed poinformował mnie o zakupie nowego samochodu. Ucieszyłem się bardzo i zapytałem, czy mogę zobaczyć to cudo. Poszliśmy do jego domu.

Pojazd stał na ulicy przed wejściem i był biały. Na karoserii nie potrafiłem znaleźć ani nazwy marki, ani żadnego emblematu. Był to na oko dwudziestokilkuletni wehikuł, który najlepsze lata miał już dawno za sobą. Pomyślałem, że wygląda, jakby silnik miał ciągłą zadyszkę i zaraz miał się rozpaść.

Ale mój przyjaciel nie ukrywał radości. Stał się przecież dumnym posiadaczem auta; całe życie marzył o tej chwili. A że udało mu się kupić tylko coś używanego i w nie najlepszym stanie? To sprawa drugorzędna. Ważne, żeby auto spełniało swoją przyrodzoną funkcję – przewiozło go z punktu A do punktu B.

– Prawda, że to piękny samochód? – zapytał mnie znienacka, wpatrując się w moją twarz, jakby chciał wybadać szczerość odpowiedzi.

Ukryłem zakłopotanie, odbijając piłeczkę: – Nie wydaje mi się, żebyś uzyskał dobrą cenę, kiedy będziesz chciał go odsprzedać. Na pewno dużo pali – zauważyłem ze smutkiem, uruchamiając bezwiednie, bardziej z poczuciem zażenowania niż w pełni świadomie, nasz popularny, handlarski schemat: kupić coś z zamysłem sprzedania z zyskiem lub przynajmniej z jak najmniejszą stratą.

Mohamed uśmiechnął się tylko: – Ale dlaczego miałbym chcieć go sprzedać? Nie po to przed chwilą kupiłem samochód, żeby od razu kalkulować, jak się go pozbyć. Jest stary, ale dla mnie całkiem wystarczający.

Nie ukrywam, że byłem zaskoczony. Mohamed nieświadomie użył określenia, które dawno temu wyszło u nas z użycia. U nas, czyli w Polsce, w reszcie Europy, w całym zachodnim świecie – czy coś jeszcze bywa po prostu „wystarczające”? Pomyślałem o tym przez chwilę. Czy naprawdę nic nie musi być najlepsze? Najładniejsze? Najdroższe ani najbardziej pożądane?

Jak się okazuje, nie musi być nawet rentowne. Może być po prostu WYSTARCZAJĄCE. I już to samo w sobie zapewnia spokój ducha i przynosi radość. A do tego oszczędza kilka funtów w kieszeni, choć to tylko efekt uboczny.

I wcale nie dotyczy to wyłącznie samochodów.

Gdybyśmy tak nie gonili za ideałem, tylko zadowalali się tym, co wystarczające, zdjęlibyśmy z własnych barków przeogromny ciężar i oszczędzili sobie codziennych frustracji. Popadliśmy w obłęd porównywania się i rywalizacji – nic nikomu już nie wystarcza. Każdy chce lepiej i lepiej, a jeszcze bardziej: więcej i więcej. Tymczasem Mohamed jest szczęśliwy z tym, co ma i wcale nie zerka na posesję sąsiada, sprawdzając, czy tam przypadkiem nie stoi nowiutki Mercedes, którego mógłby zazdrościć.

– Rozumiem, Mohamedzie. To tylko przedmiot na kołach. Ale co się stanie, jeśli się zepsuje? Rzecz ma wartość, dopóki jest użyteczna dla właściciela – odezwałem się po chwili.

– Jeśli się zepsuje, to nadal będę nim jeździł. To w końcu Egipt – odpowiedział filozoficznie. – A jeśli już naprawdę nie da rady, to zawsze przyda się na części. Nic się nie zmarnuje. Ale bez obaw. On mnie jeszcze przeżyje – dodał na pocieszenie.

Faktycznie. W Egipcie rzeczy mają wiele żyć i zastosowań, zależnie od potrzeb lub fantazji właściciela. Samochody wcale nie są tu wyjątkiem. Ale nie to uderzyło mnie najbardziej. Pomyślałem o trwałości przedmiotów, które uważamy za nietrwałe.

Mieszkam w starym domu, w którym znajduje się wiele rzeczy pamiętających ludzi dawno już nieżyjących. Zwykły stół, proste krzesło, obraz na ścianie czy dywanik na podłodze okazały się dużo bardziej żywotne niż ich kapryśni i wybrzydzający właściciele. Każdy z nas otacza się przedmiotami, których trwałość jest niesamowita, a czas używalności praktycznie nieograniczony. Jedyne, co może nam przeszkadzać, to opory estetyczne wobec starości bądź – znacznie częściej – jakaś forma snobizmu lub chciwości. A najczęściej jedno i drugie.

– Jak się wyzbyć lęku, że jesteśmy w istocie marnym pyłem, który nic nie znaczy we wszechświecie? Że znikniemy szybciej i pewniej niż ten krztuszący się grat na kołach? – wyszeptałem bardziej do siebie niż do Mohameda, ale on szybko zrozumiał głębię problemu.

– Ja często patrzę na Księżyc… – zaczął tłumaczyć. – I z tej perspektywy nasza małość i nieważność nabiera większego sensu w boskim planie. Wszystko, o czym mi powiedziałeś – rywalizacja, chciwość, roszczenie o więcej – wydaje się śmieszne i nieistotne, jeśli z Księżyca spojrzymy na Ziemię. Ale kiedy umrzemy, nasze ciała rozbiją się na atomy i połączą ze wszystkim, co istnieje teraz i będzie istniało w przyszłości.

Oczywiście – pomyślałem – energia nie ginie, tylko zmienia formę. W tym kontekście jesteśmy wieczni, choć nigdy nie będziemy tego świadomi.

Czy to stwierdzenie pomaga rozwiązywać doraźne problemy? Nie sądzę. Pozwala jednak zagospodarować emocje, przyjąć inną perspektywę i naprawdę cieszyć się z rzeczy wystarczających. Mamy z nimi przecież tak dużo wspólnego.

Postawisz mi kawę?

Stawiając mi kawę, doceniasz moją wiedzę i doświadczenie, którymi dzielę się z Tobą gratis za pośrednictwem mojej strony internetowej i mediów społecznościowych oraz wspierasz rozwój moich przedsięwzięć w Egipcie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to