Nie podoba mi się obecna polityka Egipcjan wobec zagranicznych naukowców. Czy złote czasy polskich wykopalisk archeologicznych w Egipcie zmierzają do końca?

Z opowieści egiptologa prof. Andrzeja Niwińskiego – kierownika naszej Misji Skalnej w Deir el-Bahari, wynikało, że w czasach, kiedy sam był studentem archeologii, a następnie młodym naukowcem (l. 70. XX w.), podejście Egipcjan do zagranicznych badaczy było lepsze niż obecnie.

Ówcześni urzędnicy ze służby starożytności starali się ułatwiać cudzoziemcom prowadzenie studiów i badań nad historią i kulturą Egiptu, zamiast utrudniać im pracę czy poskramiać ich ambicję. Zdobycie koncesji na prowadzenie wykopalisk w Egipcie było wtedy dość łatwe, a jeśli zagraniczny egiptolog chciał zobaczyć jakiś ciekawy, choć niedostępny dla turystów obiekt, nikt nie robił mu z tym problemu.

Z zazdrością wysłuchiwałem relacji prof. Niwińskiego, jak oglądał po kolei wszystkie interesujące go starożytne grobowce na terenie Teb Zachodnich. Wystarczyło tylko, że przedstawił listę swoich oczekiwań prowincjonalnemu urzędnikowi na zachodnim brzegu Luksoru, by ten nakazał egipskiemu strażnikowi otwierać wrota i kraty do każdego miejsca, jakie chciał zobaczyć ciekawski uczony. Oczywiście nikt też nie zabraniał mu robić w środku zdjęć.

Kamil Zachert w Ramesseum w 2004 roku
Zdjęcie z 2004 roku zrobione w świątyni Ramesseum. Fot. Archiwum autora

W dzisiejszych czasach załatwienie sprawy w taki sam sposób byłoby zupełnie niemożliwe. Zgoda na otwarcie grobowców musiałaby zostać wydana w samym Kairze i raczej nie polegałoby to na zwykłym telefonie z prostym zapytaniem, tylko na złożeniu formalnego wniosku do służby starożytności i czekanie na werdykt specjalnej komisji złożonej z egipskich specjalistów. Oczywiście padłaby standardowa odpowiedź, że nic z tego. Dlaczego? Bo tak.

Pierwsze symptomy niepokojącego zjawiska zauważyłem już w 2003 roku, kiedy po raz pierwszy brałem udział w wykopaliskach archeologicznych w Egipcie. W „moich czasach” nie było już mowy o swobodnym dostępie (tj. na zwykłą prośbę) do zamkniętych starożytnych grobowców. Bowiem na czym raz zawisła kłódka, to przepadło na wieki, choćby człowiek stawał na głowie. Mimo to miałem jeszcze jaki taki dostęp do miejsc, które dziś są już nieosiągalne.

Mam na myśli na przykład tzw. Oślą Ścieżkę, czyli grzbiety skalne na zachodnim brzegu Luksoru. W niedużym odstępnie czasu kilkakrotnie przemierzałem trasę od starożytnej osady Deir el-Medina (niedaleko drogi do Doliny Królowych) do nekropoli Asasif naprzeciwko świątyni Hatszepsut, gdzie schodziłem z gór. Dwukrotnie zaliczyłem najwyższy szczyt El-Qurn oraz wiele razy odległe Wadi Sikket Taqet es-Said wraz z okolicami.

Kamil Zachert na tebańskim szczycie El-Qurn w Luksorze
Stoję na najwyższym szczycie gór tebańskich – El-Qurn na zachodnim brzegu Luksoru. Zdjęcie z 2003 roku. Fot. Archiwum autora

W 2022 roku taka wędrówka krajoznawcza po Egipcie to pieśń przeszłości. Już nie tylko nie da się wejść do tych egipskich grobowców, do których jeszcze udało mi się zajrzeć kilkanaście lat temu. Bez pozwolenia nie mogę pospacerować ścieżkami w górach tebańskich, bo na stałe zamknięto do nich dostęp. Nie mówiąc o eksploracji starożytnych struktur podziemnych i nadziemnych, co kiedyś czyniłem. Zejście z tras dla turystów stało się problemem nawet dla zawodowych egiptologów!

Niestety władze Egiptu zaczęły ograniczać również działalność zagranicznych misji badawczych. W dodatku ów proces z roku na rok wydaje się przyspieszać. Coraz więcej stanowisk archeologicznych rezerwuje się tylko dla egipskich naukowców, a cudzoziemcom utrudnia się uzyskiwanie nowych koncesji na wykopaliska. Piętrzą się nieistotne formalności (np. wytykanie literówek w dokumentach), a ostatecznym argumentem jest po prostu narodowość wnioskodawcy.

W tym samym czasie Egipcjanie obstawiają po kilka stanowisk archeologicznych naraz. Jakoś na rok przed Arabską Wiosną usłyszałem w Dolinie Królów, że jeden z czołowych egipskich archeologów kierował równocześnie aż kilkunastoma (!) wykopaliskami w różnych częściach Egiptu. Od tamtej pory przybywa w Egipcie wykwalifikowanych specjalistów, ale dzieje się to kosztem egiptologów z zagranicy.

Kamil Zachert w Wadi Sikket Taqet es-Said przy grobowcu Hatszepsut
W dalekiej dolinie Wadi Sikket Taqet es-Said przy pierwszym grobowcu Hatszepsut. Na skale w tle widać wejście. Zdjęcie z 2003 roku. Fot. Archiwum autora

Piszę o tym, bo wydaje mi się, że od pewnego czasu Egipt stał się mniej przyjaznym miejscem do pracy w terenie. Jeśli jesteś cudzoziemcem, będzie ci bardzo trudno rozpocząć wykopaliska archeologiczne. Mniejsza o motywy, na których czoło oczywiście wysuwa się egipski nacjonalizm. Bardziej istotny jest fakt, że zagraniczny egiptolog to w dzisiejszym Egipcie niepożądany konkurent. Jego obecność stoi dumnym Egipcjanom kością w gardle.

I nawet to rozumiem. Ja również czułbym się źle, widząc na różnych stanowiskach archeologicznych w moim własnym kraju ekipy z Niemiec, Czech, Francji, USA, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Chin, Japonii i Bóg wie skąd jeszcze. Zadałbym sobie pytanie: czy Polska naprawdę nie potrafi prowadzić wykopalisk w oparciu o własne kadry? Dlaczego cudzoziemcy w moim kraju podejmują działania, które Polacy również mogą ogarnąć?

To fakt, że to cudzoziemcy wymyślili egiptologię. Za właściwy początek tej szeroko pojętej dziedziny można przyjąć odczytanie hieroglifów przez Francuza Champolliona i opublikowanie wyników jego pracy w formie listu. W tym roku wypadło 200-lecie tego wydarzenia. Egipcjanie frywolnie celebrują ów jubileusz, jakby bagatelizując fakt, że w zasadzie podpinają się pod cudze. A może jednak nie?

Kamil Zachert z fragmentem egipskiej mumii
Tę zmumifikowaną nogę znalazłem w jednym ze starożytnych egipskich grobowców w Tebach Zachodnich. Zdjęcie z archiwum domowego z 2004 roku

Szalę goryczy przelało u mnie to, że Misja Skalna, w której uczestniczyłem od niemal 20 lat, będąc w ostatniej dekadzie zastępcą kierownika wykopalisk, została brutalnie wykastrowana, jeśli chodzi o „element polski”. Władze egipskiej służby starożytności pozwoliły naszej misji na dalsze działania w Deir el-Bahari, zastrzegając jednak, że wykopaliska będą odbywać się we współpracy z egipskim archeologiem Zahim Hawassem, a Polskę będzie reprezentować tylko prof. Andrzej Niwiński.

Zatem mój szef pojechał do Deir el-Bahari samotnie. Postępy prac Misji Skalnej są mi znane tylko ze sprawozdań, które przysyła mi z Egiptu. Oddałem temu przedsięwzięciu dużą część mojego życia. A nawet więcej niż życia, gdyż koszt udziału w tej przygodzie jest dla mnie znacznie większy, niż ktokolwiek może wiedzieć. Na ostatniej prostej, w przededniu odpowiedzi na pytanie: czy jest tam jakiś nietknięty grób, czy go nie ma?, zostałem wraz z polskimi kolegami wyautowany. Dlaczego? Bo tak.

Tłumaczę sytuację tym, że Egipcjanie pod pretekstem przejęcia Misji Skalnej chytrze stawiają stopę w Deir el-Bahari. Tym samym zaczynają powoli „wygryzać” działające tam zagraniczne ekipy. Myślę, że jeśli pod jakimś pretekstem któraś z polskich misji archeologicznych straci koncesję na badania, to już jej nie odzyska. Zresztą oficjalnie nic nie musi tracić, wystarczy, że formalności będą się ciągnąć w nieskończoność. Szczerze mówiąc, mam to już gdzieś.

Dolina Trzech Księżniczek w Tebach Zachodnich
W Dolinie Trzech Księżniczek w Tebach Zachodnich po drugiej stronie Luksoru. Zdjęcie z 2003 roku. Fot. Archiwum autora

Zmierzam do gorzkiego, bardzo prywatnego podsumowania. Chciałbym się mylić w ocenie sytuacji. Co prawda opinie podobne do moich słyszę z różnych stron, ale co do interpretacji mogą być rozbieżności. Z całą pewnością egipskie władze jeszcze nie mogą pogrywać sobie w taki sposób z każdą obcą misją archeologiczną działającą w Egipcie. Póki co przedstawiciele zagranicznych misji i instytucji wspierają się (z niechlubnymi wyjątkami) dla wyższego celu.

Jak możesz pchać się tam, gdzie cię nie chcą? A zwłaszcza występować w charakterze dziada proszalnego czy wręcz żebraka. Są tacy ludzie, którzy potrafią przełykać gorzkie pigułki raz za razem; zgadzają się z góry na upokorzenia względnie pchają stopę w niedomknięte drzwi i jak to się mówi, walczą o swoje. Uważają to za słuszne, bo chcą osiągnąć swój cel. Mnie jednak przeszkadza taka zależność.

Nie chodzi tu o poczucie dumy czy godność osobistą, bo to są rzeczy przyrodzone. Problemem są tu raczej koszty osobiste, jakie trzeba ponosić dla przywileju pracy w branży, kiedy nie jest się Egipcjaninem. Inaczej mówiąc, czy warto spalać swoje marzenia w hermetyzującym się narodowym środowisku, w którym jesteś personą non grata. Intruzem, który wlazł do cudzego mieszkania i ustawia w nim swoje graty.

Uważam, że obecne władze egipskiej służby starożytności to nacjonalistyczne dupki. I dobrze im tak. Zapewne jest to celowa strategia, bo Egipcjanin XXI wieku nie chce się dłużej płaszczyć przed jakimkolwiek uczonym z Zachodu, który posiadł wszelkie „tajemnice mądrości”. Byleby tylko ten drugi, próbując wchodzić mu w d…, nie zmienił się w naiwnego głupca.

Postaw mi kawę na buycoffee.to
author image

Autor: Kamil Zachert

Podróżnik, fotografik, uczestnik polskiej misji archeologicznej w Deir el-Bahari w okolicy Luksoru, organizator indywidualnych historyczno-krajoznawczych wypraw do Egiptu adresowanych do ambitnych pasjonatów wiedzy i przygody.

1 komentarz

  1. Uważam, że egiptologia umrze śmiercią naturalną, jeżeli badacze z Zachodu nie będą mieli dostępu do zabytków.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz inne artykuły

Mural z Egiptu
Muzeum National Geographic w Waszyngtonie
Egipcjanin na egipskiej ulicy w Kairze
Plakat z filmu „Królowa pustyni”
Ogrodzenie z drutem kolczastym w Egipcie
9 grudnia 2021 roku zmarła moja Mama, Elżbieta Zachert

Zadecyduj, jakie treści będą się ukazywać na blogu o Egipcie!

Pomóż mi dostosować treści na moim blogu do Twoich potrzeb i zainteresowań i odpowiedz na 16 pytań w anonimowej ankiecie.
 
Chcę wypełnić ankietę
close-link
Pokaż link do ankiety