Sztuka bezcierpienia. Czym jest szczęście?

Czy szczęście to permanentny brak cierpienia, czy suma ulotnych radości? Refleksja o etyce, religii i poszukiwaniu spokoju w świecie chaosu i różnych narracji.
Zastanawiałem się ostatnio, czym właściwie jest szczęście. Na pewno czymś dobrym. Ale zawsze, kiedy posługujemy się pojęciami abstrakcyjnymi, popadamy albo w banał, albo toniemy w niedookreśleniach, albo stosujemy w opisach tak zwane masło maślane. Na przykład, że dobrem jest to, co jest dobre. Czyli właściwie co?
No jasne, ktoś powie: dobro jest przeciwieństwem zła. Ale czym jest zło? Nadal nic nie wiadomo. W dawnych czasach, kiedy wiara miała się całkiem nieźle, odnosiliśmy się do boskich przykazań i wszystko było dość klarowne. Dobre jest to, co podoba się Bogu. A to, co Mu się podoba, jest zapisane w Biblii. Wystarczy postępować zgodnie ze Słowem Bożym, a wszystko będzie na właściwym miejscu – człowiek będzie dobry, a dzięki temu szczęśliwy. Ale takie pojmowanie dobra i zła jest już przeszłością, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym.
W świecie muzułmańskim, pod względem filozoficznym będącym cywilizacyjnie zacofanym, ale przez to znacznie mocniejszym i lepiej zorganizowanym, największe szczęście to poddanie się dogmatowi. W tym przypadku woli Allaha, która zapewnia stan wewnętrznego spokoju (taslim). Istnieje szczęście doczesne, w którym główne miejsce zajmują wiara, rodzina i zaspokojenie potrzeb życiowych, oraz znacznie większe szczęście wieczne, związane z wejściem do Raju. Ilekroć o tym pomyślę, zdumiewa mnie, jak szalenie nasze kultury różnią się od siebie, jak bardzo są nieprzystające do siebie w trzeciej dekadzie XXI wieku. Jak obie prowadzą być może donikąd, ale zupełnie innymi drogami.
Do dzisiaj nie rozstrzygnąłem, czy to dla nas dobrze, czy źle. Z jednej strony obecnie nie krępujemy sobie umysłu dogmatami opartymi na metafizycznym autorytecie, ale z drugiej mało kto z nas potrafi właściwie korzystać z takiego narzędzia, jak umysł (każda maszyna wymaga serwisu, a my czym „serwisujemy” swój mózg? Hmm… TikTokiem?). Durniejemy z dekady na dekadę. Są na to nawet obiektywne dowody. Mamy straszliwą zapaść edukacji i moralności. Posługujemy się na co dzień ograniczonym i wulgarnym językiem, a nasze busole etyczne wskazują jeden kierunek – pazerność na pieniądze, władzę i wrażenia. Jak tu być szczęśliwym, kiedy nie zna się umiaru? Może jesteśmy wciąż niezdolni do samostanowienia?
Przez długi czas podobała mi się definicja Schopenhauera. Że szczęście, które jest dobre, to po prostu brak cierpienia, jakkolwiek byśmy tego cierpienia nie definiowali. Nadal tak myślę, podążając za opiniami tego wybitnego filozofa, ale uderza mnie również zawarta w nich pasywność. Wystarczy trwać w korzystnym zbiegu okoliczności (np. dobrego zdrowia lub finansowego powodzenia), aby być szczęśliwym. Ale przecież nie zawsze udaje się nam uniknąć cierpienia. Ono jest wpisane w program naszego życia. W dodatku niektórzy trwają w nim permanentnie, bo można mieć życiowego pecha i na przykład urodzić się kaleką. Czy cierpienie człowieka chromego wyklucza u niego poczucie bycia szczęśliwym? To, co powiedział Schopenhauer, po trosze wpisuje się w epikurejskie doświadczanie szczęścia jako stanu wolności od bólu i niepokoju. Ta ostatnia koncepcja jest mi najbliższa, ale…
Ja bym chyba podzielił szczęście na dwa rodzaje: trwałe – oparte na epikurejsko-schopenhauerowskim pozostawaniu w stanie bezcierpienia, oraz nietrwałe, składające się z sumy drobnych radości. To pierwsze, zwłaszcza w duchu epikurejskim, jest czymś, co można wypracować za pomocą wyciszenia, ćwiczenia umysłu i mądrych wyborów życiowych. W ten sposób unikamy bierności i zdawania się na kapryśny los. W każdej sytuacji da się bowiem uczynić coś, co uznajemy za dobre dla nas, np. unikając tego, co jest ewidentnie złe. Podkreślam: dla nas, aby uniknąć konieczności odnoszenia się do kryteriów zewnętrznych i dogmatycznych. Ten rodzaj szczęścia płynie z nieustannej pracy nad sobą i pogłębiania świadomości. Nie jest intensywny, ale za to bardzo trwały.
To drugie natomiast jest szczęściem bardzo intensywnym i zależnym od wydarzeń zewnętrznych. Paradoksalnie niesie ze sobą gorycz, gdyż zawsze mija. Niemniej to właśnie o ten rodzaj dobra najczęściej zabiegamy. Aby uniknąć smutku, intensyfikujemy radości, by luka pomiędzy nimi była jak najmniejsza. Epikurejczyk powiedziałby, że ryzykujemy w ten sposób ciągłym niepokojem i brakiem idealnego stanu ataraksji. I zapewne miałby rację.
Konkludując, uważam, że w przypadku szczęścia – jak i wielu innych rzeczy występujących w naszym życiu – nie należy polegać tylko na jednej definicji. Czasem trzeba być jak rwący górski strumień, a czasem jak rozlewające się szeroko jezioro. Umysł, nawet wyciszony (jezioro), nigdy nie trwa w bezruchu, tylko nieustannie skanuje otoczenie, próbując się przystosować. Uważajmy na tę pułapkę, którą zastawia na nas biologia. W strumieniu mogą być ostre kamienie, a w jeziorze muł.







