Lubię Egipcjan i oni mnie lubią. Do czasu aż się nie pokłócimy. Kłócimy się bardzo rzadko, ale jeśli już, to słyszę najczęściej: fuck you! go home! I mam z tego niezły ubaw.

Fuck you! Go home!

Nigdy nie prowokuję sytuacji, nigdy nie obrażam. Ale czasem bywam zmęczony i odburknę coś niegrzecznie, gdy po dziesiątym „nie” uparty dorożkarz nie daje za wygraną i próbuje siłą przewieźć mnie na drugą stronę ulicy za opłatą pięciu funtów plus bakszysz.

Tymczasem mnie się chce już tylko spać. Jest godzina dwudziesta druga. Właśnie wracam kawał drogi z zakupów, które po dziesięciogodzinnym dniu pracy w piekielnym skwarze Gebel Ragab dosłownie odbierają mi resztki sił.

A czeka mnie jeszcze mnóstwo dodatkowych zajęć – obróbka zdjęć, wpis na blogu misji, i może jeszcze jakieś zlecenie od Profesora. Legnę na wyrku zanim wybije pierwsza w nocy. O piątej będę znów na nogach, o szóstej na stanowisku, gdzie podczas południowej przerwy dośpię w jakimś ciemnym grobowcu.

A ten mi tu zasraniec suszy głowę dorożką, jakbym był jedynym sybarytą w całym Luksorze.

Kup pan cegłę

Albo inna sytuacja. Spaceruję sobie promenadą wzdłuż Nilu, po luksorskim Corniche El-Nile Street. Wyskakuje znienacka miejscowy cwaniaczek – glancowany bucik, czysta koszula, przylizany włos – i już z daleka krzyczy, że mu bardzo miło, iż znów mnie spotyka. Ja oczywiście widzę gościa pierwszy raz w życiu.

Mam dobrą pamięć i świetnie rozpoznaję ludzkie twarze (z imionami już trochę gorzej). No dobrze, skoro już jestem na „Korniszu”, to znaczy, że mam chwilkę czasu, aby zawiązać nową nić przyjaźni polsko-egipskiej. Pytam zatem najbardziej niewinnym tonem, na jaki mnie stać:

A skąd mnie znasz, bratku?
Jak to skąd, jestem kucharzem w hotelu, w którym mieszkasz.
I na pewno z nikim mnie nie pomyliłeś?
Klnę się na Allaha, że widuję cię codziennie.
Aha, a niby w którym hotelu mieszkam? (przechodzę na arabski)
No w tym, hm, gdzie ja pracuję… doctor?
– Nie, łżesz jak pies.
Co, ja jestem kłamcą?!
A pewnie, i dobrze o tym wiesz.
Fuck you! Go home!

I tak to mniej więcej wygląda.

Czasami zdemaskowany cwaniaczek ulatnia się jak niepyszny, a czasami jeszcze przez jakiś czas dobiegają mnie jego przekleństwa. Bywa że i grupowe. Ale co mi tam. Mógł nie kręcić, tylko wprost zaoferować swoją usługę. Najczęściej chodzi o żeglowanie feluką.

Po co taki gość uskutecznia swoje dziwne podchody. Przecież i tak szybko wydałoby się, że nie jest kucharzem w „moim hotelu”. Jak miałbym zaufać krętaczowi i wejść na pokład feluki zaoferowanej mi w niezbyt etyczny sposób. A może taki folklor i już? On mrugnie okiem, ja mrugnę okiem, i wicie rozumicie.

Już nam wszystkim odbija

Turystyka w Egipcie w ciągu kilku ostatnich lat bardzo podupadła. Egipski rząd robi, co może, aby przyciągnąć cudzoziemców. Nawet udostępniono zwiedzającym grobowiec Nefertari w Dolinie Królowych. Cena biletu bardzo wysoka, ale jednak grobowiec otwarty. Jak człowiek ma pieniądze, to można. A nawet trzeba.

Nie dziwię się, że zwykli Egipcjanie, często utrzymujący się na powierzchni egzystencji wyłącznie dzięki turystom, łapią się każdej okazji, aby zarobić parę groszy na bardzo skurczonym rynku. Może dlatego w niektórych ludziach aż tyle desperacji i nieeleganckich zagrywek.

Mimo wszystko tych wyzwisk i przekleństw dawniej chyba aż tyle nie było.

Żyjemy w trudnych i niespokojnych czasach. Zarówno w Egipcie, jak i w Europie. Wszyscy się czegoś boją. Ci ubóstwa, tamci terrorystów, jeszcze inni tego, że ich wakacje nie będą takie, jak sobie wymarzyli, a na kolejne ich nie stać.

W walce o chleb powszedni nie każdy chce oglądać się na dobre samopoczucie innych. Ale to, jaką postawę my sami przyjmiemy wobec ludzi, na szczęście zależy wyłącznie od nas.